Wydarzenia


Ekipa forum
Kuchnia
AutorWiadomość
Kuchnia [odnośnik]20.10.19 3:34

Kuchnia

Jaka zwyczajowo jest kuchnia, każdy wie. To miejsce wielu historii, które łączą wspólne posiłki i ich przygotowanie. W domu Tonksów, kuchnia ma wiele rzeczy zrobionych własnoręcznie dłońmi jej ojca. Stoły, stelaże stołków czy półki. Mają już swoje lata i noszą ślady użytkowania, ale nie zmienia to tego, że jest to znajome i urokliwe miejsce które od lat wygląda w ten sam, ciepły, zapraszający sposób. Wszystko ma swoje miejsce i choć czasem trudno jest się odnaleźć w końcu znajduje się to, co jest potrzebne.  
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kuchnia Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kuchnia [odnośnik]20.10.19 3:37
9 marca
Sowa, którą ją odnalazła była inna niż stali sowi bywalcy jej okolicy. A gdy rozwinęła pergamin, zanurzając się w kreślonych słowach na jej wargach pojawił się łagodny uśmiech.
Vincent przemknęło przez jej głowę, a kilka zgłosek wypowiedzianych w myślach oplotły uczucia i znajomy wydźwięk. Spotkanie w kwitnącym lesie nadal zdawało jej się czymś w rodzaju rzeczywistego snu. Gdy zostawiał go, niezmiennie pozostawała niepewna, czy będzie dane zobaczyć jej go kolejny raz. List jednak, który trzymała w dłoniach zdawał się tego całkowitym potwierdzeniem. Skreśliła słowa przy biurku przy którym akurat siedziała zajmując się raportem z ostatniej sprawy przy której asystowała starszemu aurorowi. Zerknęła na zegar przelotnie odkrywając, że za chwilę czas jej zmiany się kończył. Sama miała jeszcze odwiedzić uzdrowicieli, ale zrezygnowała z tego wraz z kolejnym listem, skupiając się całkowicie na raporcie, chcą wyjść o czasie.
Gdy tylko wskazówki ustawiły się w odpowiednich miejscach podniosła się, zanosząc plik papierów Delyby'emu, skinęła mu głową i skierowała się do wyjścia, najpierw zamierzając odwiedzić kilka sklepów. Zapytała, ale szczerze wątpiła, żeby Gabriel posiadał w domu do jedzenie coś więcej, niż na teraz. On sam ostatnio miewał całkiem inne zmiany niż ona. Dzisiaj nie widziała go nawet raz, a to znaczyło, że będą sami. I ta myśl ją na chwilę zatrzymała, odrobinę niepewnie ruszyła dalej.
Przecież - pomyślała marszcząc brwi - nie było w tym nic niecodziennego. Ile wspólnych nocy spędzili tylko we dwójkę, za towarzystwo mają ciche dźwięki śpiącego świata? Jednak, co jeśli to co było, nie równało się z tym, co miało być. Dlaczego się tym przejmowała. Nie chciała wracać do przeszłości. Wtedy była inna. Wtedy była słaba i bezsilna.
A teraz? Zyskała na sile, ale czy potrafiła więcej? Wydęła lekko usta, odrobinę niezadowolona. Wchodząc do pierwszego ze sklepów. Musiała to od siebie odsunąć. Dzisiaj miało przecież nie być tak różne od innych dni. A ona sama, musiała pozostać skupiona na tym, co było najważniejsze i do czego się zobowiązała. Nie ona była ważna, a świat. Zgodziła wyzbyć się marzeń i pragnień, ale to wcale nie było łatwe. Wręcz przeciwnie, walka niezmiennie w niej trwała. Podziękowała kasjerce krótkim uśmiechem i wyszła, ruszając w kierunku straganu z warzywami. Z każdą chwilą czuła, jak jej żołądek domaga się coraz mocniej posiłku na które już czekał wiercąc się niespokojnie. Ale musiał jeszcze poczekać, bo to trzeba było jeszcze zrobić. Całe szczęście, że w końcu nauczyła się choć trochę gotować i była w stanie zrobić coś więcej niż kilka kanapek. W końcu skierowała się do ostatniego ze sklepów stając przed półką z alkoholami i przy niej utknęła. Jej wzrok wędrował z ognistej na wino i z powrotem a ona stała kompletnie nie wiedząc po które z nich sięgnąć.
W końcu wzięła i ognistą i wino, wzdychając lekko nad samą sobą znalazła pustą uliczkę z której teleportowała się prosto na Manor Road.
Pojawiła się przed domem z dwoma siatkami, wchodząc po drewnianych schodach wzięła wdech w płuca. Nacisnęła klamkę, porzucając buty zaraz po wejściu. Położyła siatki tylko na chwilę, by zrzucić z ramion płaszcz. Na boso przelawirowała przez salon prosto do kuchni. Nie oznajmiła swojego przybycia wiedząc, że odgłosy krzątania ściągną go na dół. Na chwilę ułożyła dłonie na biodrach patrząc na ustawione na kuchennym stole siatki by w końcu podjąć plan działania. Skinęła sobie głową. Tak, ziemniaki powinny być pierwsze. Rozpięła guziki przy rękawach i podwinęła koszulę. Brzydkie blizny wysunęły się na wierzch, ale przywykła już do nich, stały się jej częścią, przestała na nie zwracać uwagę. Może tym razem powinna? Za późno było na to. Uniosła dłonie by związać, dzisiaj długie, jasne kosmyki, w wysoki kucyk. Jeden za drugim ziemniaki lądowały w garnku, który chwilę później znajdował się już na kuchence. Ale ona jeszcze nie skończyła działania. Biała różdżka leżała na stoliku, gdy podejmowała się kolejnych czynności bez jej pomocy. Ubite kotlety, oblekała w jajko i bułkę, tak jak jej niegdyś siostra pokazała. Odgłos kroków na schodach z piętra podniósł jej spojrzenie, ale nie przerwał czynności.
- Vincent. - przywitała go krótko, unosząc łagodnie kącik ust do góry. Ruchem głowy zaprosiła go do siebie. Odkładając na talerz ostatni z kotletów, które jeszcze chwilę musiały poczekać, niż zaczną się smażyć. Podeszła do kranu w którym umyła dłonie. Złapała za widelec, wbijając go w jednego z ziemniaków w garnku. - Dobrze ci tutaj? - zapytała odwracając się w jego kierunku, splotła dłonie przed sobą a pośladkami oparła się o jeden z blatów.



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +2
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Kuchnia 1
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f437-lancashire-forest-of-bowland-stocks-reservoir-gajowka https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Kuchnia [odnośnik]24.10.19 23:30
Dzisiejszego dnia obudził się o nieludzkiej, wczesnej, godzinie porannej. Przez większość nocy zmagał się z przeszkadzającą bezsennością. Momenty dłużyły się niemiłosiernie pozbawiając kojącego odpoczynku. Leżał bezwładnie wpatrzony w wyraźne fragmenty popękanego sufitu. Oddychał głęboko, ciężko, wydając dziwny i niezdrowy świst. Myślał. Analizował ostatnie, intensywne sytuacje, przypadkowe spotkania, zetknięcia, zatargi. Odtwarzał nieregularne kształty twarzy, napotkanych sylwetek. Wybierał fragmenty, cechy, które wydawały się najpotrzebniejsze i najintensywniejsze. Zadawał i odpowiadał na pytania, nurtujące odkąd postawił stopę na smaganej wojną ziemi. Jedno z nich wychodziło na pierwszy plan: Czy na pewno dobrze zrobił powracając i ukazując swoje oblicze? Czy jest w stanie znieść spotęgowaną dawkę skrajnych emocji, które mimo stalowego wyrazu, rozrywały od środka? Nie widział postępu, a los drwił na każdym kroku. Mimo szczerych intencji, traktowano go jak niebezpieczną, niegodną personę. Ludzkie reakcje zadziwiały za każdym razem, podczas gdy niespodziewanie naruszał ich osobistą przestrzeń. Jak to możliwe? Czy to naprawdę Ty? Myślałem, że jesteś martwy. Po co wróciłeś, jaki masz cel. Nie bądź samolubny – nadeszła wojna. Twoje niekreślone pobudki są tu niepotrzebne. Zbyt dużo chcesz, za wiele wymagasz, nic od siebie nie dajesz. Było ciężko, lecz nie mógł się poddawać. Walczył do samego końca, zmieniając i modyfikując plan. Rzucał się w wir nieznanego oddając wodze przypadkom. Minęło tyle czasu, a on nie przesunął się nawet o krok. Rozgrzebane sprawy zadawały bolesne, paraliżujące ciosy. Wytrzymaj.
Długo zastanawiał się czy powinien wystosować jakąkolwiek korespondencje. Już któryś dzień z kolei nie wystawiał głowy poza próg mieszkania. Zadziwiające, że dawny przyjaciel tak szybko zgodził się na pobyt odnalezionego uciekiniera, a on? Zapewniał, że gdy przyjdzie sposobna okazja, odwdzięczy się kilkukrotnie. Nieswoje uczucie przechodziło gdzieś w okolicy linii kręgosłupa. Od niepamiętnych czasów nie przebywał w rodzinnym, poukładanym, w pełni wyposażonym wnętrzu. Dostał pokój, który przerastał wyobrażenie godnego standardu. Przyzwyczajony do nędznych warunków, dziękował w duchu za podsuniętą propozycje. Był obcym potraktowanym jak pełnoprawny domownik. Odczuwał wdzięczność, choć tego nie pokazywał. Pióro drżało nad rozbielonym pergaminem, kreśląc wymowne słowo: Justine. Dość regularnie wracał do niedawnego, nieplanowanego spotkania karcąc się w duchu za nieokiełznany przebieg. Podpierając głowę na ramieniu, energicznie, desperacko, przeczesując niesforne kosmyki, myślał nad każdym, spływającym słowem. Kreślił, wykreślał, tworzył. Przelewał wybiórcze frazesy, gdyż treść, którą pragnął przekazać zajęłaby zbyt wiele stronic. Pragnął by jego intencje, przekonały; ukazały prawdziwość drugiej szansy, którą mu dawała. Po raz kolejny chciał coś udowodnić. Pióro zatopione w granatowym atramencie, pozostawiło rozległą plamę na samym środku listu. Mężczyzna odetchnął ciężko, hamując zdenerwowanie i zrezygnowanie. Śnieżnobiała sowa pohukiwała głośno, słysząc natężenie dźwięku. – Cicho, daj mi się skupić! – to była ciężka noc, lecz poranek wydawał się jeszcze gorszy.
Wymiana pergaminu nastąpiła szybciej niż przewidywał. Wydawało mu się, że nieustannie zakreśla nowe terminy; wczytuje w tekst płynący prosto od niej. Zaraz tu będzie. Prawowity gospodarz pojawiał się w swoim apartamencie niezwykle rzadko. Odkąd pracował w innym systemie zmian, ciemnowłosy praktycznie nie widywał rosłej aparycji współlokatora. Dom w dużej mierze pozostawał pod jego skrzydłami, lecz to dzisiejszego dnia poczuł pewną odpowiedzialność. Natychmiastowo poderwał się do góry, o mały włos nie strącając rozkapryszonego kałamarzu. Pospiesznie podrywał do góry wszystkie, porozrzucane rzeczy. Ogarniał kanapę, zamykał książki, zbierał podarte pergaminy, zapiski, dziwne przedmioty, towarzyszące w podróży. Nie omieszkał otworzyć opornego okna, aby przez chwilę, przypalając pogniecionego papierosa, dać upust skołatanym nerwom i przyspieszonemu biciu serca. Zimne powietrze wędrowało po zaczerwienionych policzkach, szyi i odkrytych ramionach, wyzwalając zewnętrzną, kruchą warstwę. Dym roztapiał wnętrze – powoli, odurzająco, dusząco. Stracił rachubę czasu. O jego nieubłaganym przemijaniu przypomniał mu burczący brzuch, domagający jedzenia. Dobrze wiedział, że towarzyszka szykowała coś specjalnego, dlatego też postanowił poczekać. Dogaszając niedopałek, odganiając zaczepiającą listonoszkę, zamknął okno, aby w spokoju powrócić do tej niewyobrażalnej czynności. Po raz kolejny zadziwiał i rozwodził nad wykonywaną czynnością. Coś drgnęło, coś drgało, coś się zmieniało.
Oczekiwanie wydłużyło się do tego stopnia, że zasnął zmęczony nieprzespaną nocą. Sen, który mu towarzyszył był intensywny, twardy, niepokonany. Z tej niespotykanej krainy wybudził go wymowny, jedyny w swoim rodzaju dźwięk. Mężczyzna otworzył oczy z niedowierzaniem przez chwilę nie wiedząc gdzie znajduje się naprawdę. Lekki niepokój ścisnął jego wnętrzności, kiedy gwałtownie i niezgrabnie porywał się z miękkiego łóżka. O mały włos nie uderzył w odsunięte krzesło, gdy pospiesznie wciągał na siebie ciemny, gruby, wełniany sweter. Oczy widziały zamglony obraz, a korki wydawały się ociężałe, powolne, drętwe. Próbował za wszelką cenę doprowadzić się do ładu – wygładzał odzienie, kilkukrotnie przeczesywał zmierzwione włosy, szczypał policzki, aby przywrócić trzeźwość umysłu. Nie będąc gotowym, postanowił ruszyć na dół – skonfrontować, przeciwstawić poznać. Ujrzeć i obserwować ulubioną aparycje, która przygotowywała coś smakowitego. Z każdym stopniem wyczuwał przyciągające opary, odczuwając bezgraniczny głód. Tonks krzątała się po kuchni, sprawnie przeskakując między naczyniami. Zdziwił się, że nie potrzebowała różdżki, lecz w taki sam sposób gotowała jego matka. Oparł się o framugę drzwi nieco bezszelestnie i zaczął bezinteresownie: - Przepięknie pachnie. – rzucił pewnym stwierdzeniem, przechodząc nieco głębiej. Blondynka zareagowała momentalnie. – Mogę Ci w czymś pomóc? – dodał niepewnie zajmując miejsce nieco z boku. Oparł się o wystający fragment szafki, próbując dyskretnie dokończyć układanie nieudolnej fryzury. Druga dłoń powędrowała na blat w poszukiwaniu przedmiotu, który zamaskowałby widoczne drżenie rąk. Trafił na okrągły kształt, soczystego, czerwonego jabłka. Szybko ujął je w obie dłonie, skupiając większość uwagi. Kątem oka obserwował jej ruchy, reakcje, doglądał zakupów i tego co właśnie przyrządzała. Na spontaniczne pytanie, uniósł brodę do góry, a kąciki ust ułożyły się w blady uśmiech: - Doskonale. – cóż innego mógł jej wyjawić? – Ta propozycja spadła mi z nieba. – obrócił jabłko kilkukrotnie mówiąc z wyraźną wdzięcznością. – Nie wiem ile razy będę wam dziękować. – nie wiedział jak się odwdzięczy. Jak wynagrodzi niespodziewane wtargnięcie w ich osobisty, inny świat. Przyjęli go bezinteresownie, oddając wszystko. Mógł na nich liczyć mimo sytuacji, które dotykały ich wszystkich. Był jedynie lokatorem – nie chciał, aby problemy, boleści i osobiste porachunki wpłynęły na odbiór, właściwie przebywanie. Chciał być przykładny. Przynajmniej się starał.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, zielarz, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 32
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 30
UROKI : 31 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6 +3
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Kuchnia [odnośnik]28.10.19 21:18
Nie myślała długo nad tym, co ugotować. Głównie dlatego, że niewiele tak naprawdę potrafiła, a czasu na eksperymenty nie miała prawie wcale. Zresztą, kuchnia nigdy nie była jej domeną. Raczej omijała ją z daleka w końcu słuchając trochę rad Jackie, kiedy ta radziła przybrać na masie na której będzie można wypracować rzeczywiste mięśnie. Po przesłuchaniach w kwietniu schudła i prawie przestała jeść, jedynie wrzucając w siebie niezbędne minimum. Teraz wyglądała lepiej. Właściwie zawsze mogła wyglądać lepiej, wystarczyło się skupić i pomóc sobie odrobinę. Ale to ta forma nie zabierała jej dodatkowej energii niezbędnej do utrzymania zmiany. Kontrola nad włosami - gdy tylko zrozumiała na czym polegał wcześniejszy problem - nie przynosiła jej żadnego wysiłku. A jasność włosów zdawała się być prawie naturalna. Gotowała, bo nie mogła tylko jeść kanapek. Patelnia stała już na kuchence z olejem, który rozgrzewał się i czekał na pierwszą porcję. Ułożyła dłoń nad nim, sprawdzając temperaturę. Nigdy na zimny - tak mówiła kiedyś mama i widziała jak właśnie tak to robi. Ciepło rozniosło się pod dłonią a ona przekrzywiła lekko głowę. Wzruszyła do siebie ramionami po czym wrzuciła pierwsze dwa. Olej zaskwierczał zabierając się do roboty i chyba właśnie ten zapach ściągnął go na dół. Dwa słowa którymi się do niej zwrócił, sprawiły, że spojrzała na niego unosząc brwi, gdy na twarz wstępowało rozbawienie. Zaśmiała się, nadal zaciskając w dłoni widelec.
- Twój nos przecenia to co czuje. - zawyrokowała - ostatecznie, przypraw używała na oko. Ziemniaki przesalała, albo zapominała posolić je w ogóle i dopiero później sypała na nie sól. Przywykła do swoich mało idealnych posiłków, bo tylko takie mogła sama sobie wygospodarować. Zerknęła na niego tylko na chwilę, by zaraz wrócić spojrzeniem do patelni, przesunęła kotlety nie pozwalając im się przypalić. Po jakimś czasie odkryła, że gotowanie - choć raczkujące i bardzo nieumiejętne - pozwalało jej się odstresować i skupić na kolejnych czynnościach, nie zaś na myśleniu.Pytanie które wystosował przez chwilę pozostawało bez odpowiedzi. Odwróciła się po tym, jak przewróciła kotlety na drugą stronę zawieszając na nim jasne, łagodne spojrzenie. Przeszła kilka kroków w jego kierunku, odbijając się od szafki o którą się opierała. Jednak to kolejne słowa przecięły jej czoło zmarszczką. Zmrużyła lekko oczy i ułożyła lewą dłoń na biodrze.
- Nic na temat zmienności temperatury wody w łazience na dole? - zapytała poruszając brwiami w krótkiej prowokacji. Westchnęła lekko i pokręciła głową wydymając usta. - A może nie dziękuj więcej wcale? - zapytała spoglądając na niego poważnie. Jasne tęczówki nie pozbyły się łagodności, ale martwiła się trochę. - Wiesz, że nie musisz starać się być taki… - zastanowiła się chwilę. - … poprawny? - zapytała przesunęła się bliżej. Nie musiał. Znała go sprzed lat a i ostatnia rozmowa sprawiała, że najbardziej chciał pasować, a może nie przeszkadzać. Bo nie o to chodziło, żeby nie nadepnąć im na odcisk, czy żeby wylewać swoją wdzięczność. To było miłe, ale finalnie wcale nie aż tak bardzo konieczne. Zdawało się wpisane w przyjaźń - możliwość polegania na innych, nawet wtedy gdy trudno było wypowiedzieć to samemu na głos. - Znasz ten dom, to tylko twój wybór czy uczynisz go swoim, czy będziesz zachowywał się jak chwilowy gość. - oczywiście, że znał. Każdy jeden pokój, skrzypiące deski, niewielki ogródek. - Bądź panem na włościach, uciesz się że będzie co jeść, ale pomarudź, kto sprzątnie potem ten cały bajzel. - uśmiechnęła się widocznie żartując w tym momencie. Odnajdź tu dom, Vincent, albo schronienie, poczuj się jak u siebie. Jak gdzieś, gdzie możesz być sobą. Tylko tym, niczym więcej.
- Zostajesz królem patelni. - postanowiła bez żadnych wątpliwości wyciągając ku niemu dłoń z widelcem. Sama sięgnęła do jednej z szafek by wydobyć miskę, zahaczyła o szufladę znajdując mniejszy nóż i zamknęła ja popychając bioderm. Ruszyła do stołu na którym wszystko ułożyła i wyciągnęła z siatki ogórki. - Możesz używać magii do tego. - dodał wskazując głową na patelnię. Odwróciła od  niego wzrok sięgając w końcu po różdżkę, tą jednak skierowała w stronę gramofonu na który kilkoma machnięciami wrzuciła pierwsza z brzegu płytę. Dźwięki kiełkującego skocznego rock and roll'a potoczyły się po mieszkaniu. Odłożyła białe drewno na blat zajmując się krojeniem. Wzrok mimowolnie unosił się, by ukradkiem zerkać na znajomo nieznajomą sylwetkę, mimowolnie dokonując porównań. Może nie powinna była, ale w egoistycznym podszepcie zgadzała się wiedząc że przyjdzie jej ponieść konsekwencje własnych wyborów. Musiała też sama odpowiedzieć na kilka pytań, a może bardziej pokazać gdzie znalazła się teraz. Najgorsze jednak w tym wszystkim było to, że zdawała sobie sprawę, że prędzej czy później będzie musiała kłamać, albo pomijać prawdę. Ale… czy już tego nie robiła?
Na razie odsuwała od siebie każdą z ciężkich, bolesnych myśli choć przez chwilę chcąc być po prostu Just. Nie gwardzistką, nie zakonniczką, nie kursantką, nie opiekunką. Egoistycznie, tylko i wyłącznie sobą. Bo wiele lat temu w czasie długich, ciemnych nocy, tylko tyle zdawało się wystarczające.



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +2
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Kuchnia 1
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f437-lancashire-forest-of-bowland-stocks-reservoir-gajowka https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Kuchnia [odnośnik]04.11.19 15:48
Już dawno nie zaznał prawdziwej, domowej strawy. Zapomniał smaku ulubionych potraw na rzecz, szybkiego, lecz treściwego jedzenia. Owszem, przebywając na odległej obczyźnie zdarzało mu się spróbować kuchni regionalnej, jednakże mnogość i różnorodność katalogu możliwości była dla mężczyzny zbyt przytłaczająca – nie do końca w jego guście. Wydawać się mogło, że tak podstawowa potrzeba lądowała na drugim planie. Obszerność codziennych obowiązków, skutecznie wypierała z pamięci wiodącą fizjologiczność. I choć wygląd fizyczny nie pozostawiał zbyt wiele do życzenia to siła i wielkość mięśni wymagała natychmiastowej poprawy. Przynajmniej w jego mniemaniu, porównując się do wielu napotkanych czarodziejów, wykonujących podobne czynności. Myślał o zmianie mimo całkowitego braku czasu. Pragnął wygospodarować cenne minuty przybliżające do upragnionego celu. Kto wie, może mając trochę więcej czasu uskuteczni podstawowe ćwiczenia? Znajdzie osobę, która ochoczo zgodzi się zostać wymagającym i bezwzględnym trenerem. Dzisiejszego dnia było inaczej. Obudzony z twardego, niekontrolowanego snu, potrzebował zastrzyku energii. Ku wewnętrznemu, niewypowiedzianemu zadowoleniu, nieznajoma persona miała wybawić z nadchodzącej zguby. Dlatego też gdy schodził ze schodów kuszony przyjemnym, apetycznym zapachem, ziewnął znacząco zatrzymując się z prawej strony drzwi wejściowych. – Mój głód nie pozwala mi na trzeźwe myślenie, a apetyt i walory smakowe podpowiadają, że będzie pysznie. – zapewnił dokładając lekki, niepewny uśmiech. Mogła być przekonana, że każdy posiłek, który zostanie mu zaserwowany zje z widoczną i wymalowaną przyjemnością. – Nawet nie wiesz jak dawno nie jadłem czegoś normlanego! – najszczersza prawda, która nostalgicznie wydobyła się z jego ust.  Zawiesił wzrok na czynności, którą wykonywała i przyglądał się bacznie dość specyficznej kolejności. Wszedł do środka, zajmując boczną okolicę kuchennych szafek. Z tego poziomu mógł swobodnie obserwować krzątająca sylwetkę. Na nowo przyjrzeć się szczegółom, charakterystycznym punktom i znakom. Blizny na przedramionach wydawały się niepokojące, lecz nie miał śmiałości, aby zapytać o nie bezpośrednio. Wzrok zatrzymał się na rozbielonych kosmykach, których kolor pozostawał niezmienny od czasu ostatniej wizyty. Zmarszczył brwi chcąc zadać konkretne, nurtujące pytanie, ale była szybsza. Odwróciła się gwałtownie łapiąc zdezorientowany wzrok, który wbił się w niego podejrzliwie i zacięcie. – W łazience na dole? – czy Gabriel wspominał o jakiejś awarii? Przez chwilę wyglądał na nieco zdekoncentrowanego, niepewnego i analizującego. Fakt, na który zwróciła uwagę wydawał się niepasujący, lekko niewiarygodny. Pokręcił głową przecząco, odkładając jabłko na dalszą część blatu. – Chyba nawet tego nie zauważyłem. – rzucił niepewnie nie mając całkowitej pewności. Przyzwyczajony do niecodziennych, niekomfortowych warunków nie wymagał nadrzędnych luksusów. Ciepłej wody, przestrzennej łazienki, wygodnego posłania umożliwiającego błogi, długotrwały i spokojny sen. Wiedział, że jej reakcja nie skończy się na subtelnym żarcie. Jej wzrok nadal przeszywał nieskładny profil, a on coraz nerwowej obracał soczyste jabłko, które ponownie zgarnął w szorstkie dłonie. Spojrzał w ziemię myśląc nad wypowiedzią. Nie musisz starać się być poprawny… A jaki powinien być, gdy w każdej przestrzeni chodź znajomej czuł się nieswojo? Gdy podczas codziennych czynności bał się dotykać absorbujących przedmiotów; wnikać w rodzinną prywatność. Nadużywał zaufania, chociaż w żaden sposób tego nie pokazywali. – Nie umiem się przyzwyczaić… - odpowiedział spokojnie, lekko ściszonym głosem, zagłuszanym przez intensywne dźwięki smażenia. – Potrzebuję czasu Justine. – dodał powoli podnosząc głowę. – Wiem, że nie powinienem czuć się jak obcy.jak gość, jak uciekinier. Sprawiać wrażenie nadto ułożonego, grzecznego, nieswojego, ale nie tak podpowiadała mu intuicja. Chciał obecnie przypodobać i dostosować do panującej rzeczywistości. Ale ona wiedziała. Znała go, znała jego zachowania, charakter, odruchy. Dobrze odkryła, że od jakiegoś czasu ukrywa część siebie – maskuje pewne przekonania. Jest wycofany, mimo odgrywania pewnego siebie mężczyzny. Skonfrontował wzrok już dużo pewniej, stanowczo mówiąc łagodnie: - A może masz racje? - przyznał pospiesznie, jakby pewność do zmiany miała za chwilę zniknąć. Westchnął ciężko, gdy powolna sylwetka przesunęła się zajmując miejsce przy zastawionym stole. Niemalże od razu dłonie powędrowały na stojące produkty z ciekawością poznając ich strukturę; skupiając uwagę. Znów na nią nie patrzył – zastanawiał się nad sensem wcześniejszej wymiany zdań, podejmując konkretną decyzje. Wiedział, że miała rację, lecz przyswojenie i adaptacja zajmie trochę czasu. Nie chciał pozbawiać ich dobrego nastroju. Wyciągnął pojedynczą cytrynę, uśmiechnął się pobieżnie i rzucił w stronę towarzyszki. – Jak to kto posprząta? Oczywiście, że Gabriel. -  próbował odnaleźć schronienie, próbował odnaleźć i traktować ten dom jak swój. Tęsknił za ciasnymi kątami niewielkiego mieszkania, pozostawionymi pamiątkami, tlącymi wspomnieniami. Chciał ujrzeć go jeszcze jeden raz, zbadać namacalnie; odczuć to co nieodwracalne. Utracił go kilkanaście lat temu. Nie łudził, że kiedykolwiek odzyska. – Słucham? – zaskoczyła go zaproszeniem do gotowania. Jego propozycja była wyrazem uprzejmości niż chęci zaprezentowania umiejętności kulinarnych. – Eee, wiesz, że ja nie wiem jak się gotuje? – zapewnił powoli podnosząc się do góry i odbierając widelec. Stanął na środku nie wiedząc jaki ruch wykonać dalej. – Bez magii się nie obejdzie. – stanął nad patelnią patrząc na jej zawartość. Zmarszczył brwi, gdyż każda czynność wydawała się skomplikowana. Zakasał rękawy grubego swetra, odchrząknął wymownie i wyciągnął różdżkę z kieszeni spodni. Spokojnie Vincent – dasz sobie radę. Uniósł podłużny przedmiot i szepnął niepewne zaklęcie, które wznieciło ogień pod żeliwnym naczyniem. Jedzenie zaskwierczało przyjemnie; chyba działało, prawda? Wolną dłoń oparł na lewym boku skupiając całość uwagi na wymagającym zadaniu. – Chyba załapałem! – rzucił zadowolony, a kiedy pierwsze, energiczne rytmy dotarły do jego uszu, odwrócił się gwałtownie i ulokował zawadiackie spojrzenie w sylwetce przyjaciółki. – Proszę, proszę. Widzę, że od ostatniego spotkania twój gust muzyczny znacznie się poprawił? – kochał muzykę i zwracał na nią szczególną uwagę. Rytmiczne nuty prowokowały do niezgrabnych ruchów. Usta układały w tekst, który rozbrzmiewał z samego środka gramofonu. Zapanowała swoboda. Zapomniał o niedawnej sytuacji, o złych momentach, które codziennie wywracały jego rzeczywistość. Nie myślał również o tym, że czeka ich rozmowa. Poważna, długa, szczera. A może wcale nie będą ze sobą szczerzy? Będą musieli znaleźć słowa, które odpowiednio odpowiedzą na nurtujące i ciężkie pytania. Stanąć naprzeciwko demonom, które mieszkają wewnątrz targanego emocjami ciała. Ukazać siebie, uwierzyć, poznać na nowo. Ale to później – na razie przyjemne dźwięki miały zagłuszyć wszelkie wątpliwości.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, zielarz, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 32
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 30
UROKI : 31 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6 +3
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Kuchnia [odnośnik]11.11.19 23:43
Rzadko już tutaj bywała. Jakby była się osadzającego spojrzenia zerkającego w jej kierunku z drewnianych ramek, czy surowych ścian, które pamiętały wszystko, ale możliwe, że wiedziały i więcej. Rzadko tutaj bywała. Od czasu, gdy zabrakło matki a ojca niemal zmusiła do wyprowadzenia się do Kornawalii, niedzieli nie wypełniał zapach ciepłej szarlotki, a miejsc wokół stołu nie zajmowały wszystkie zbierające się na dyktando pani domu latorośle. Teraz jednak nieokreślone coś ciągnęło ją tutaj. A może bardziej nie tu, ale w jego kierunku zwłaszcza, gdy sam wręczył w jej dłonie powód w postaci pergaminu spisanego pismem, które znów nie zmieniło się tak bardzo w przeciągu tych wszystkich mijanych lat. Przekrzywiła lekko głowę zwracając na Vincenta roziskrzone spojrzenie.
- Ale zdajesz sobie sprawę, że nie mogę gotować ci codziennie? - pytanie obleczony w żartobliwy ton zawirowało między nimi. Dwa błękity przesuwały się z podejmowanego działania na niegdyś znajomą sylwetkę. Jak za pierwszym razem próbując dostrzec zmian jakich dokonał w nim czas. Ona przecież sama była całkiem inna. Brew powędrowała ku górze na nietypowe stwierdzenie. Nie zauważyłem zmieniło blask w jej oczach. Zastanawiała się, myślała, może trochę zgadywała odnośnie tego, co przeszedł i z czym się spotkał. Dłoń odnalazła się na jej biodrze gdy wypowiadał kolejne słowa, a może radę - trudno jej było stwierdzić czym to właściwie było. I czy nie była w jakiś sposób hipokrytka radzac co robić, gdy sama przenosiła się z miejsca na miejsce, nie potrafiąc znaleźć żadnego dla siebie. Odrobina niepewności, a może wstydu przemknęła przez jej twarz gdy unosiła dłoń by przetrzeć nią kark.
- Możesz się czuć jak chcesz, Vinnie, ale obcy przecież nie jesteś. - powiedziała cicho, a może po prostu ciszej i spokojniej niż wcześniej. - Chodzi mi tylko o to, że nie musisz starać się być taki jaki uważasz że powinieneś być. - znów słowa ją zawiodły. Wyrażenie własnego zdania, a może myśli - to nadal zdawało się dziwnie nieperfekcyjne, a nawet nie bliskie czegoś zadowalającego. Dłoń na karku powoli zsunęła się by opaść wzdłuż ciała. Kącik ust uniósł się ku górze, zadziornie może zbyt bardzo - Ja zawsze mam rację. - zgodziła się, chociaż słowa te nie leżały nawet obok prawdy. Dzisiaj jednak tworzyła swoją własną naginając ją odrobinę na własne potrzeby. Tej nie posiadała zawsze, myliła się często, stawiła złe wnioski i tezy, wybierała nieodpowiednie słowa. Było to ludzkie i choćby chciała, nie była w stanie odjąć od siebie właśnie tego. Uniosła lekko brwi na kolejne stwierdzenie, które padło z jego ust, a jej wargi rozciągnęły się w uśmiechu. - Na pewno. - zgodziła się, choć brzmienie jej słów znaczyło o kompletnie odmiennym zdaniu.
Zaskoczenie w jego głosie gdy wyciągnęła wysunęła do niego widelec było dość zabawne. Kompletnie, jakby nie zakładał, że może przyjąć propozycję, którą wystosowała. Ruszyła głową, podbródkiem wskazując na na widelec w swojej dłoni, którym poruszyła jeszcze znacząco, zachęcając do przejęcia narzędzia. Nie zastanawiała się, czy robi dobrze przekazując mu pałeczkę. Najwyżej ich obiad będzie składał się z ziemniaków, mizerii i przypalonych kotletów. Odłożyła różdżkę uśmiechając się łagodnie, z czego nie zdawała sobie sprawy, dłoń uniosła się samoistnie zakładając za ucho nieistniejące kosmyki włosów, które pozostawały bezpieczne spięte w koku na czubku głowy. Zwróciła na niego spojrzenie, gdy muzyka popłynęła.
- Bo zaczęłam wybierać sama muzykę? - zapytała oplatając zgłoski cichym wyzwaniem. Zaraz jednak wzruszyła ramionami. - To Gabriela. - przyznała w końcu. Jej płyty leżały w wielu miejscach, a od jakiegoś czasu pozostawały całkowicie nieużywane. Odsunęła się od stołu na środku podchodząc by stanąć lekko za nim. Spoglądając na smażące się kotlety. Dłoń uniosła się by znaleźć na ramieniu. - Ale wiesz, że je trzeba jeszcze obracać? - zapytała konspiracyjnym szeptem i uniesionymi kącikami ust. Klepnęła go w ramię i przesunęła się do jednej z szafek by wyciągnąć z niej miskę, która ustawiła na stole. Czas mijał wypełniony dźwiękami, których nie słyszała już od jakiegoś czasu. Zwykłego, codziennego życia, które tak bardzo przestawało do niej pasować. Z każdym mijanym dniem i każdą kolejną chwilę. Zmarkotniała na chwilę skupiając się całkowicie na przyprawieniu mizerii, jakby było to zadaniem, które potrzebowało właśnie tyle uwagi. Ziemniaki chwilę później były gotowe, a wszystkie kotlety - łącznie z nadmiarem, który miał pozwolić na posiłek Gabrielowi po powrocie, leżały na talerzu. Posiłek zdawał się względnie gotowy. Rozłożyła je dla nich i łapiąc za talerze ruszyła do salonu. - Weź sztućce. - poleciła uprzątając z kuchennego stołu. Posiłek zniknął o wiele szybciej niż się pojawił. Odłożyła talerze do kranu zostawiając je w nim takie na razie. Przesunęła się swobodnie dalej, otwierając jedną z szafek. Zerknęła w górę na tą, do której zawsze musiała wspinać się na palce, lub sięgać po zaklęcie. - Przyniosłam wino i ognistą. Ty wybierasz. - powiedziała odwracając głowę w jego kierunku, by po podjętej decyzji i krótkiej walce z szkłem przemaszerować do salonu zgarniając po drodze białą różdżkę. Odwróciła się po drodze na dwa kroki, sprawdzając czy idzie za nim, by odwrócić się energicznie i wskoczyć po chwil na kanapę. Podciągnęła pod siebie bose stopy, spoglądając na kominek ze zmarszczonymi brwiami. Zaraz pokręciła głową do swoich własnych myśli. Westchnęła obracając w dłoni różdżkę, a gdy zjawił się Vincent. Oparła głowę o kanapę i odwróciła ją w jego kierunku.
- em.. hm… no cóż. - mruknęła podnosząc naczynie z alkoholem. Nie bardzo wiedząc, od czego zacząć. Ale może powinna zacząć od siebie. Upiła z niej porządny łyk, by zaraz obrócić się na kanapie tak, by nogi powędrowały na oparcie i zawisły na nim, a głowa znalazła się na krawędzi siedziska. Błękit znów ulokowała w nim. Od czego powinna zacząć. Tak wiele się stało, tak wiele przestała. Pokochała, choć bez wzajemności. Teraz już rozumiała, że miłość może być siłą, ale może nieść też ból. Ale postanowiła nie zaczynać od tego. Postanowiła zacząć inaczej. Bezpieczniej? Nie była pewna. - Na koniec sierpnia dostałam się na kurs aurorski. - wybrała więc, w nietypowej pozycji, czekając na jego reakcję i słowa.



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +2
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Kuchnia 1
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f437-lancashire-forest-of-bowland-stocks-reservoir-gajowka https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Kuchnia [odnośnik]20.11.19 16:43
Nie było mu dane stanąć w progu domu rodzinnego od ponad jedenastu lat. I choć niezwykle często wracał myślami do niewielkich pomieszczeń, wąskich korytarzy i niskich sufitów, pamięć o najdrobniejszych szczegółach, wydawała się rozmyta, rozbielona, a przede wszystkim niepewna. Zabrał ze sobą najważniejsze elementy przypominające o dawnym, beztroskim życiu. Zniszczoną księgę do zaklęć, jedyne, wspólne zdjęcie, na którym rozweselona rodzina wyglądała na prawdziwie szczęśliwą, metalowy krzyżyk, od lat, dumnie towarzysząc we wszystkich odległych podróżach - żywa pamiątka po ukochanej rodzicielce. Wiedział też, że już nigdy tam nie wróci, lecz fakt o opuszczeniu pierwotniej posiadłości przez pozostałych krewnych, pozostawała tajemniczą niewiadomą. Niezwykle istotnym okazał się inny, dobrze znany azyl. Posiadłość, która od najmłodszych lat była dla niego bliźniaczym schronieniem. To tu, wraz z rozbieganym, zaprzyjaźnionym rodzeństwem odkrywali najgłębsze zakamarki. Wertowali mnogość najznamienitszych przedmiotów, wyciągając najdziwniejsze pamiątki. Puszczali wodze wyobraźni, gdy podstawowe zabawy, zdawały się zbyt nudne, zbyt proste, zbyt oczywiste. Konsumowali wspólny posiłek w atmosferze radości, zaufania i wzajemnego szacunku; zapach jabłek, który tak intensywnie wprowadzał go błogi, hipnotyzujący, pociągający nastrój nie wiązał się tylko z perfumami matki – tak słodko pachniał właśnie ten dom, a może tylko jedno pomieszczenie? – Wiem, ale obiecałem Gabrielowi, że w zamian za pokój, będę gotować posiłki. – rzucił żartobliwie, czując jak niezwykle absurdalna i nieprzemyślana propozycja padła z jego ust. Zbyt dużo rozgrzewających kieliszków ognistej, nie służyło składaniu obietnic bez pokrycia. – Dlatego musisz nauczyć mnie jak najwięcej. – dodał, po czym po raz pierwszy, perfidnie zwinął z blatu kawałek pokrojonego warzywa i skonsumował ze smakiem. Nie oparł się występującej pokusie. Zajęty nową, przejmującą czynnością, nie dostrzegał intensywnej obserwacji, która wnikała w milimetry rozgrzanego ciała. Nie łatwo było odczytać zaszyte emocje. Mimo swej naturalnej wylewności, odnalazł umiejętność maskowania, tuszowania i oszukiwania, choć niejednokrotnie obnażał się z najskrytszych przemyśleń, barier i pragnień, wprowadził do zabieganej codzienności. Ale nie martw się, przed Tobą nie będę miał żadnych tajemnic.
Faktyczna niepewność wkradła się na zaspaną twarz, gdy nieśmiałym wzrokiem lustrował profil towarzyszki. Westchnął ciężko, na jej szybką odpowiedź. – Wiem. – zapewnił oczywistość. – To się zmieni. – zatrzymał na chwilę, marszcząc brwi w konsternacji; poszukiwaniu wewnętrznego potwierdzenia. – Przyzwyczaję się, oswoję. Po prostu… – nie rozszyfrowałem tego świata, nie wniknąłem w nowe realia. Nie wiem jak zareagują na mnie pozostali, nie umiem odbudować podstaw prawidłowego funkcjonowania. Zbyt dużo czasu spędzam w domu, sam. Jeszcze się gubię, ale chyba już Ci o tym mówiłem, prawda? – Po prostu muszę nabrać pewności. Rozwiązać kilka spraw. Wtedy powinienem czuć się… - – urwał, aby w tym momencie wniknąć w jej błękit i posłać subtelny uśmiech. – swobodnie. – bo cóż innego mógł zrobić? Najpierw adaptacja i ponowne wproszenie w łaski tych, którzy w jakimś stopniu pragnęli utrzymywać z nim kontakt. Zbadanie rynku – odnalezienie miejsca, w którym ze swobodą będzie mógł realizować zlecenia, obowiązki i misje. Rozpracowanie podstaw ideologii, która wywracała świat do góry nogami. Znalezienie właściwych drzwi, przez które mógłby przejść, aby poznać to co niepoznane. Potrzebował jedynie osób, które zechciałyby je otworzyć, przeprowadzić i przede wszystkim nauczyć.
Niewinny uśmiech, który mu posłała, spowodowany sytuacyjnym żartem, rozpromienił jego twarz na kilka następujących chwil. Ciepła, niezidentyfikowana ciecz wylała się na kołaczące serce, które już nie pierwszy raz dzisiejszego dnia, zrobiło niewiarygodny odruch. Co się z Tobą działo Vincencie? Przez dłuższy czas przyglądał się skwierczącej patelni, próbując przypomnieć sobie podstawowe czynności. Należało obrócić ten kotlet w lewą czy prawą stronę? A co z solą, czy to jest ten moment, aby dodać więcej smaku? A jak zmarnuje cały obiad? Nie ważne. Skoro miał się nauczyć, musiał bezwzględnie próbować. A kiedy przyjemne dźwięki dotarły do wrażliwych uszu, nieznajoma czynność wydała się jakby prostsza i przyjemniejsza. Odwrócił głowę przez ramię, próbując pochwycić sylwetkę towarzyszki: – Jeżeli wybierasz ją sama i trafiasz na takie szlagiery to bije pokłony. – rzucił, aby następnie roześmiać się głośno, wyczuwając pewną niezgodność. – Wiedziałem! – nie żeby ubliżał jej muzycznym preferencjom. Dobrze pamiętał jednak, że dźwięki, które dochodziły z pokoju, napawały dziwnym niesmakiem. Niejednokrotnie przekonywali ją razem z Gabrielem o słuszności i wykwintności innych gatunków muzyki. Nie pamiętał tylko z jak dużą uwagą słuchała ich przemądrzałych opowieści. Cieszył się, a za razem tęsknił do tych czasów, w których to odpowiednie rytmy rozwiewały najgłębsze troski. Nie usłyszał korków, które przywiodły ją gdzieś z lewej strony. Dotyk ramienia spowodował niekontrolowane drgnięcie, a nikły szept i ciepły oddech nieświadomy dreszcz, wyczuwalny pod grubą warstwą materiału. Przymknął powieki, aby jednocześnie wziąć głęboki oddech i odrzec niepewnym, niespokojnym głosem: – Naprawdę? – chciał, aby wyczuła w tym nutę rozbawienia, zamiast widocznego rozproszenia. Skarcił w duchu niepotrzebne reakcje, kiedy z zadowoleniem rozpoczęła przygotowywanie zastawy. Utrzymanie skupienia stawało się wyzwaniem. Wiesz, że to Ty ponosiłaś za to winę?
Posłusznie poddał się poleceniom, zadowolony z dotychczasowej pracy. Potrawa, którą tak skrupulatnie przygotowywał wyglądała naprawdę zjadliwie. Miał nadzieję, że nieobecny przyjaciel wystawi równie pozytywną recenzję. – Mówiłem ci już, że nie jadłem takiego obiadu chyba od wieków? – zaczął dojadając chyba już trzecią dokładkę. Zaoferował swoją pomoc przy sprzątaniu, lecz blondynka pewnym ruchem odwiodła go od ryzykownej myśli. Posyłając niezadowolone spojrzenie, postanowił pogmerać przy stercie porozrzucanych płyt i wybrać idealną – nieco spokojniejszą, bardziej klimatyczną, z ciepłym męskim wokalem. Gdy głos przyjaciółki dobiegł z oddali kuchni, rzucił: – Dla mnie wybór jest prosty, tylko ognista. – będąc na emigracji miał sposobność spróbowania najdziwniejszych alkoholi. Co więcej akompaniując wyprawie niejakiego lorda Macmillana, dostawał dawkę historii, receptury, połączoną z częstą degustacją. Obowiązki pomieszane z dzikim szaleństwem. Czy ktoś dałby wiarę? Podnosząc się z miejsca dołączył do Justine, siadając tuż obok, gdzieś na brzegu kanapy. Rzucił okiem na obracany przedmiot, drobne dłonie, naznaczone nadgarstki budzące zastanowienie od zamierzchłego czasu. Piękna… jego wzrok błądził po pokoju, próbując znaleźć właściwe miejsce. Szklanka, którą ujął ze stołu, szczękała dźwięcznie gdy bez powodu zabawiał się bursztynową cieczą. Odetchnął głęboko i kiedy naczynia zbliżyły się do siebie szepnął: – To chyba na zdrowie? – dorzucił blady, niepewny uśmiech i upił potężny łyk. Ciepły alkohol szybko rozprzestrzenił się po naczyniach krwionośnych dodając upragnionej pewności, może odrobiny spokoju? Czuł, że to czas, w którym będą musieli szczerze porozmawiać. Czuł jak niepewność wciśnięta w błękitne źrenice, dobiera kompozycje słów, kolejność pytań, świadomość gestów. Czuł, że musi być nieugięty i pewny swojej wersji wydarzeń. Przecież nie zrobił nic złego, prawda? Postanowił utrzymać intensywność wzroku, a kiedy wyrzuciła zapewne ukrywaną wiadomość, pokiwał głową z prawdziwym uznaniem. Wlał do ust kolejny łyk cierpkiego płynu i równie szybko przywrócił na swoje usta lekki uśmiech: – Gratuluję. – wypowiedział prawie szeptem. – Chyba zawsze chciałaś… – niepewnie. – Chyba zawsze chciałaś pomagać i walczyć o sprawiedliwość? – ja też chciałem, ale w inny sposób. – Zawsze byłaś silna.może nawet silniejsza ode mnie. Niesamowite, jak wielu z nich obrało drogę, od której on bezwzględnie uciekał. Nie mógł ich za to karać, a przede wszystkim winić. Niespokojne czasy wymagały specjalistów, ludzi honoru, gotowych do bezwzględnej walki. Igrali z niebezpieczeństwem, a czy to tylko zalążek waszych tajemnic? – Jestem profesjonalnym łamaczem klątw. – rozpoczął, gdy chwila milczenia wkradła się między domowników. Postanowił iść tym samym schematem – pytanie za pytanie, fakt za fakt.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, zielarz, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 32
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 30
UROKI : 31 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6 +3
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Kuchnia [odnośnik]16.12.19 12:21
- Co zrobiłeś? - zapytała unosząc zaskoczona brwi, jednak towarzyszyło temu przyjemne rozbawienie, a uśmiech krążył wokół cienkich warg. Zaśmiała się na kolejne słowa i pokręciła głową rozkładając ręce i wzruszając ramionami. - Muszę cię rozczarować, ale niewiele umiem zrobić. - powiedziała zgodnie z prawdą. Sama przecież kilka miesięcy temu poprosiła siostrę by pokazała jej tajniki, a może przeprowadziła krótkie szkolenie ze wstępu dla początkujących. I gdzieś na tym etapie nadal pozostawała, a jednak słowa wypowiedziane przez Vincenta kilka razy w ramach jednoczesnego komplementu sprawiały, że przez kilka chwil zapomniała całkowicie o wszystkim, co było na zewnątrz, poza kuchnią z której nie chciała w tym momencie wychodzić.
- Dobrze, poczekam. - odpowiedziała tylko na jego zapewnienie, nie zamierzając zmuszać go, czy oczekiwać. Nie oczekiwała niczego, wiedząc, że sama nie jest w stanie też na nic dać gwarancji. Ta myśl przesunęła cień przez jej twarz, który spróbowała ukryć pod lekkim uśmiechem. Dołączyła do jego śmiechu, po przyznaniu się do wybrania muzyki należącej do Gabriela. A jednak gdzieś w oddali jej myśli cichy, wredny głos szeptał, że jest zbyt dobrze. Że może to wcale nie rzeczywistości, a jedynie sen z którego za kilka chwil obudzi się, gdy ten zmieni się w jeden z koszmarów. Ale i sielanka musiała dobiec końca i przenieść się w inne rejony, niewypowiadane wcześniej, które miały rozbrzmieć teraz w akompaniamencie szklanek wypełnionych ognistą.
Czuła jak wstrzymywała powietrze, czekając na reakcje nie spuszczając jasnego spojrzenia z mężczyzny obok. Ale kiwnięcie głowy, blady uśmiech i jedno słowo sprawiły, że jej brwi zeszły się ze sobą marszcząc na bladej twarzy. Rozchyliła usta by odwrócić spojrzenie pełne niezrozumienia. - Gratulujesz? - zapytała cicho próbując odnaleźć sens tego słowa. Czy nie powinien przestrzec jej? Powiedzieć, że tam nie pasuje. Że to nie jej miejsce. Że nie tędy droga. Że sobie nie poradzi. Że robiąc coś innego byłaby bezpieczniejsza? Dokładnie tak, jak robiło wielu innych. Zawiesiła spojrzenie na nogach ułożonych na oparciu kanapy, zarzucając jedną na drugą. Niepewne, kolejne zdanie, a raczej jego początek na powrót przeniosły na niego błękitne tęczówki skryte pod zmrużonymi powiekami. Niezrozumienie nie znikało z jej twarzy. Zawsze zdawało się tak patetyczne i tak nieprawdziwe. Pomagała, bo taka już była - nie umiała przejść obojętnie. Walczyła, bo zmuszała ją do tego sytuacja - broniła swojego zdania, broniła samej siebie w końcu kogoś, bo był słabszy, nie tylko na ciele ale i na duszy. Nie uczyła się wcześniej na błędach, nie przysposabiała się na zaś. Dopiero teraz zaczęła to robić. Czy gdyby nie Zakon, gdyby nie to, co działo się wokół w ogóle skręciłaby w tą ścieżkę? Wątpiła. Lubiła prace w pogotowiu. Jednak tylko kurs mógł dać jej szybki i równomierny rozwój którego potrzebowała, gdy zdecydowała się oddać życie w walce o lepsze jutro. Ale to kolejne ze zdań uniosło jej brwi, a twarz z całkowicie pochłoniętej przez niezrozumienie, na kilka krótkich sekund ukazała zdziwienie, by zaraz zastąpiło ją rozbawienie. Krótki śmiech wyszedł z jej ust, ale nie było w nim wiele z wesołości. Uniosła dłoń, by zakryć nią oczy i pokręciła głową. Rękaw białej, zwiewnej koszuli przesunął się, odsłaniając niknącą pod materiałem ścieżkę długiego podłużnego rozcięcia. - Nie prawda. - odezwała się końcu. - Umiałam tylko dalej iść, umiałam tylko podnosić się rzucona na kolana. Nie byłam silna. Po prostu ciężko było się mnie pozbyć. - mruknęła odpowiadając zgodnie z prawdą, a może bardziej z tym co sama dokładnie sądziła. Zsunęła rękę z twarzy, zakładając za ucho kilka kosmyków włosów, rozrzuconych na siedzeniu na którym leżała. Spojrzenie na powrót wbijając w niego. Nie wiedziała czy powinna powiedzieć więcej, wyjaśnić mocniej, albo bardziej. Może nie powinna mówić nic. Ostatnio kiepsko wychodziło jej rozmawianie w ogóle.
Cisza zatańczyła między nimi i tę to właśnie on tym razem postanowił przerwać. Gdy słowa wypadły między nich tylko chwilę na niego patrzyła, by odrzucić nogi z oparcia i przenieść zwinnie ciało do siadu. Zaśmiała się kręcąc rozbawiona głowa. Stopy zetknęła ze sobą przed sobą, układając na nich dłonie. - To ci się spodoba. - zawyrokowała, sięgając na powrót po szklankę, uniosła dłoń wysuwając do góry palec, gestem prosząc by poczekał, z naczynia pociągnęła potężny łyk, ciepły alkohol rozlał się po przełyku spływając dalej. - Klątwa Zmyślonego Przyjaciela określana też Klątwą Samobójców. - zaczęła, szczerząc się odrobinę jak wariatka. Całkowicie bezsprzecznie nie negując faktu profesji, którą jej podał. Pasowała do niego i zdawała się logicznym połączeniem zainteresowań i natury. Uniosła dłoń, wysuwając do góry dwa palce. Absurd tego faktu bawił ją nadal. - Pierwszy raz po szkole. Rzuciłam się z klifu. - Vincent musiał wiedzieć dokładnie o o chodziło, jeśli łamał klątwy. Ta jej nie bez przyczyny zyskała właśnie taką a nie inną nazwę. Czarodziejowi zaczynała towarzyszyć mara, zły duch, który przekonywał niezmiennie, że życie które wydaje się rzeczywistym, jest jedynie sennym więzieniem. Prawdziwie jest gdzie indziej, dalej, poza wszystkim wokół. By się uratować, trzeba było zniknąć z tego świata. Pozbyć się tego życia. Za pierwszym razem uwierzyła. - Za drugim byłam trochę mądrzejsza. - uśmiechnęła się półgębkiem, dając znać, że ta została ściągnięta. Choć i to nie było łatwe. Ze względu na swoją specyfikę klątwę można było ściągnąć tylko na dwa sposoby - targając się na własne życie, co jej udało się przeżyć, lub przy pomocy specjalnie sporządzonego antidotum. - Jest jeszcze trzecia. - choć pewności, że to klątwa nie mogła zyskać. - Klątwa Morowy. - wypowiedziała próbując sobie przypomnieć, czy kiedyś opowiadała mu stare historie przekazywane przez babcię. O tym, jak kobiety z ich rodziny miały kochać. Wtedy nie wierzyła, że mogą nieść w sobie prawdę. Może nie niosły jej wcale. Ale kolejne wypadki zdawały się zwyczajnie wpasowywać w opowiadany niegdyś schemat. Jej myśli pomknęły mimowolnie w kierunku Skamandera.



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +2
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Kuchnia 1
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f437-lancashire-forest-of-bowland-stocks-reservoir-gajowka https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Kuchnia [odnośnik]16.12.19 15:07
-  Nie pytaj. Wypiłem za dużo ognistej i chyba za bardzo rozwiązał mi się język. – skomentował niechętnie poprzedzając wypowiedź głębokim westchnieniem. Niedawne spotkanie z drogim przyjacielem należało do  emocjonujących wydarzeń. Nie spodziewał się, że tak szybko odważy się na dość wylewną konwersacje. Bez zastanowienia; wsparty ciężkim alkoholem wyrzucał rozgoryczone, nieskładne frazesy. Wiedział, że mógł sobie na to pozwolić – dozna wyrozumiałości, zrozumienia, a przede wszystkim sprawiedliwości i braku oceny. Mimo wieloletniej rozłąki, braterska więź odżyje, a on sam z największą chęcią wesprze go w codziennych działaniach. To dzięki Tobie mam też gdzie mieszać. – Ale to zawsze więcej ode mnie. – dorzucił żartobliwie odchodząc od chwilowego, nostalgicznego zamyślenia. Posłał w jej stronę porozumiewawcze spojrzenie, wyrażające pełne uznanie do niedawno nabytych umiejętności. Będąc przyzwyczajonym do niezbyt wykwintnej, niesmacznej kuchni polowej, wyrażał najszczerszy podziw wobec najdrobniejszych umiejętności kulinarnych. Większość domowych, serwowanych dań spełniała oczekiwania, wprowadzając kupki smakowe w szaloną, nieokreśloną euforię. Dlatego też nie powinna zaprzeczać i nadużywać nadmiernej skromności. Podczas gdy zapewniła go w swym oczekiwaniu, zajmował się finalnym procesem nałożenia przygotowywanego posiłku. Skiną jedynie głową w geście zatwierdzenia. Nie lubił pośpiechu, tym bardziej gdy tak trudne kwestie zaprzątały rewolucyjną codzienność. Potrzebował czasu, skupienia i możliwości poznania tego, co utracone. Żądał otwartości i zaufania, aby odwdzięczyć się tym samym. Czyżby uważali go za niebezpiecznego?
Z dozą wewnętrznego, nieodkrytego zamyślenia przeniósł się w głąb pokoju, chcąc skonfrontować i zmierzyć się z prawdziwą rzeczywistością. Obrócony w jej stronę mógł swobodnie lustrować poszczególne elementy. Niezwykle często zatrzymywał się na nieśmiałym błękicie rozświetlonych tęczówek, kosmykach białych włosów, wyczekując upragnionej, dawno niewidzianej zmiany. Spoglądał również na nadgarstki, znamiona, znaki; pragnął przebyć ich drogę, poznać historię, wprowadzić ukojenie. Uniósł głowę leniwie, gdy niepewne pytanie wydobyło się na rozgrzaną powierzchnię. Upił pokaźny łyk bursztynowego trunku, aby po chwili szybko skwitować: – Owszem. Czemu jesteś zdziwiona? – oczekiwała dezaprobaty? Zakładała, że przywita ją bezwzględną krytyką, zakazem, niezadowoleniem? Odniesie do swojej, burzliwej przeszłości, w której zawód aurora występował w roli najcięższego koszmaru? Że nie postrzega jej jak odważnej i dzielnej wojowniczki, która nie potrafi poradzić sobie z narastającym niebezpieczeństwem?
Ponownie podarował jej blady, lecz uprzejmy uśmiech, nachylając się w jej stronę. Odstawił szklankę; postawił na ten moment, aby spełnić pragnienie i ująć delikatną, prawą dłoń w obie dłonie i dodać spokojnym, przekonującym głosem: – Odkąd tylko pamiętam, widziałam cię w tym ugrupowaniu. – zawsze wykazywałaś nadmierną odwagę, zawziętość i walkę w obronie niewinnych. Umiałaś stawiać na swoim, przekraczałaś granicę, byłaś uparta. Czy te dziwne znamiona naprawdę są aż tak wypukłe? – Jesteś odważną kobietą. Podejmujesz świadome decyzje. Jeżeli poczułaś, że jest to twoje powołanie, pozostaje tylko gratulować. – ja nie wytrzymałem presji. Owszem, wolałbym, abyś zajęła się innym fachem, ale nie mogę niczego zabronić – jak kiedyś zabraniano mnie. – Jestem dumny. Z ciebie, z Jacqueline, z Gabriela. – kontynuował spokojnie, a wąskie place nieświadomie prześlizgiwały się po wybielonych znakach. Na chwilę skupił na nich swoją uwagę, czując jak chłonny i trzeźwy umysł przenosi się w inny, nieokreślony wymiar. Doznał czegoś w rodzaju odurzenia: – Przypominają mi runy, wiesz? – skomplikowane, pokręcone i nadzwyczaj silne. Nieregularne i trudne do odwzorowania – jednakże pomocne. Westchnął ciężko, aby wyrwać się z chwilowego amoku. Speszony wydłużonym gestem, dziwną atmosferą, zabrał dłonie i ponownie ulokował je na cienkim szkle pojedynczej szklanki. Umoczył usta w cierpkim płynie, karcąc brak powściągliwości. Co w ciebie wstąpiło? Dlaczego uważasz, że coś takiego jest w tej chwili stosowne? Nie umiesz się powstrzymać? Nie wiedział do końca czy dobrze postępuje. Czy słowa, które z tak ogromną swobodą wypłynęły w pokojowy eter, były właśnie tym, co chciała w tej chwili usłyszeć. Nie kłamał – widział i wiedział, że reagowała. Nie potrafiła patrzeć na otaczające cierpienie chcąc wykształcić umiejętności. Mimo przeciwności, pierwotnie innej drogi burzliwej kariery, zmieniła postępowanie. Udowodniła, że jest niezastąpiona – silna. Jej reakcja wytrąciła go z równowagi. Zmarszczył brwi w chwilowym zdziwieniu, zdumieniu, a może niezrozumieniu? Patrzył jak nienaturalne gesty wpływają na zniesmaczoną twarz, ruchome kończyny. Zaskoczył go niespokojny śmiech i pewne zaprzeczenie. Przymknął oczy, ab uspokoić skołatane wnętrze. Nabrał powietrza i wetknął w jej ciało silne, pewne i przeszywające spojrzenie. Nie opowiadaj głupot Justine, dobrze? – I twoim zdaniem to nie jest oznaka siły? Że mimo przeciwności potrafiłaś podnieść się i iść dalej. Że pokazywałaś całą swoją zawziętość, z którą trudno sobie poradzić. Że mimo stereotypów i zapewnień, że gdzieś nie pasujesz – działałaś. Pokonywałaś słabości, udowadniałaś światu, że można. – przerwał i pokręcił głową z niedowierzaniem. Mówił na jednym wdechu, nerwy penetrowały narządy wewnętrzne. Dłonie delikatnie drżały, dlatego też ponownie odstawił szklankę. – Przestań w końcu zaprzeczać swoim umiejętnościom, walorom, determinacji. – żyjesz, walczysz, stawiasz opór, czy to mało? – Jesteś potrzebna, rozumiesz? – zakończył, trochę zbyt gwałtownie. Pierś poruszała się nierównomiernie, a błękit zamienił się w odcień nadciągającej burzy. Zrobiło się gorąco. Wyczuwał temperaturę na zaczerwienionych policzkach, palących ramionach, pulsujących skroniach. Chyba przesadził. – Przepraszam. – dodał cicho jakby na własne usprawiedliwienie. Odciągnął wzrok i utkwił go w płytkiej szklance. Bez pytania uzupełnił płyn i jednym tchem wychylił zawartość. Cierpki trunek powinien uspokoić; wniknąć w mikroskopijne kanaliki. Nie chciałem krzyczeć.
Cisza, która przez chwilę ogarnęła pomieszczenia okazała się zbawienna. Pozwoliła na ponowne zebranie myśli, wycieszenie i uspokojenie. Pojedyncze dźwięki pochodzące z ukrytych zakątków otoczenia, rozwarstwiały statyczny letarg. Gdy jako pierwszy odważył się przerwać oznajmując jedną z największych tajemnic, zareagowała dość nietypowo. Uniósł brew do góry, czekając na zawrotny komentarz. Niewiele osób wiedziało czym naprawdę się zajmuje; w którą stronę ulokował ścieżkę zawodową; co tak naprawdę fascynowało go od początku młodzieńczego żywota. Jakie perypetie spotkały go podczas jedenastu, nieprawdopodobnych lat nieobecności. - Tak? – wyrzucił niemalże instynktownie, gdy dość szybko zaciekawiła go śmiałym stwierdzeniem. Sam poprawił swoją postawę, siadając wyżej i pewniej. Gdy rozpoczęła pierwszą frazę, zmarszczył brwi w świadomym skupieniu kiwając głową w pewnym porozumieniu. Słyszał i znał objawy, ów klątwy. Nigdy nie był jej świadkiem; nigdy nie dostał zlecenia, aby przeciwstawić się jej działaniu. Dobrze wiedział co robi z człowiekiem, do jak zgubnych czynów potrafi go doprowadzić. Znał konsekwencje, ale bał się dalszych słów. Nie był przygotowany na to co właśnie usłyszy… Gdy oznajmiła mu co stało się po szkole, przymknął oczy w wyraźnym niepokoju. Po szkole… Czyli wtedy, kiedy już go nie było. Zamarł, na dłuższą chwilę zapomniał o podstawach komunikacji. Odchrząknął zaskoczony, wytrącony z równowagi. Sięgając po szklankę, ponownie opróżnił sporą zawartość, nie omieszkał zadać pytania: – Co zrobiłaś? – co zrobiłaś za drugim razem, aby pozbyć się tego plugastwa. Czy naprawdę chciał to usłyszeć? Czy smutek i zdezorientowanie, które wpłynęło na jego twarz, wyglądały wymownie? Czy ponowne wyrzuty sumienia nie targnął się na jego wnętrze? Czyżby zaczynał żałować? Wpatrywał się w opadające, złociste krople. Rozmyślał nad elementami klątwy i metodami, które mogły ją ściągnąć. Czy w tamtym momencie posiadał już wystarczającą wiedzę? A może znał kogoś, do kogo mogliby się zwrócić? Westchnął ponownie, a gdy zaczęła mówić pokręcił głową z niedowierzaniem, odpowiadając pytaniem: – Klątwa Morowy? – słyszał o niej, jednakże były to legendy, strzępki informacji. Nie przypomniał sobie, aby opowiadała mu o występowaniu w szeregach jej rodziny. A może nie pamiętał? Wyparł bezpodstawne fakty, mówiące o niepowodzeniu uczuciowym kobiet z danej rodziny. Czyż nie brzmiało to jak bzdura? Nieświadomie wręcz prychnął z niedowierzaniem, zadając kolejne pytanie: – A czy to nie jest przypadkiem wyssana z palca legenda? – drwina i rozbawienie wkradło się w niepewny ton. – Chyba w to nie wierzysz. – dorzucił jakby uspokajająco. Nie uważał się za najlepszego eksperta, lecz mógł zapewnić, że klątwa działa jedynie na podstawie pojedynczych przesłanek i zdawkowych informacji. – Ale… – zaczął. – Nie ma przecież uroku, którego nie da się złamać. – uśmiechnął się niepewnie chcąc sprowadzić rozmowę na właściwy tor. Opuścił wzrok i ujął szklankę w obie ręce, obracając ją powoli, niepewnie. – Opowiedz coś o swojej pracy. – zabrzmiało to trochę jak żądanie. Chciał wiedzieć, co takiego przyciąga najbliższych. Z czym zmagają się na co dzień. W jakich aspektach ich praca jest lepsza od innych. Może nawet od jego?



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, zielarz, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 32
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 30
UROKI : 31 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6 +3
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Kuchnia [odnośnik]18.12.19 20:41
Na odpowiedź jej brwi uniosły się ku górze, by zaraz opadły gdy z ust potoczył się krótki śmiech któremu towarzyszyło lekkie kręcenie głową. Poczuła jak jej pierś choć przez chwilę jest lżejsza. Na tych kilka chwil, które zgarnęła tylko dla siebie. Skradła, odgradzając się od wszystkiego, co działo się za ścianami Tonksowego domu. Chwila wolności, a może zwyczajnie prozaicznej normalności. Wiedziała, że i ona należała się wszystkim, niezależnie od tego, jak wielkie walki przyjdzie im stoczyć następnego dnia. Łagodny uśmiech pozostał na jej twarzy rozświetlający całą, wraz z błękitnymi tęczówkami. Fioletowe cienie mówiące o ciężkiej nocy zdawały się jakby mniejsze, a może zwyczajnie mniej widocznie. - Temu nie da się zaprzeczyć. - zgodziła się uśmiechając się porozumiewawczo. Choć dziwił ją apetyt z jakim zabrał się do obiadu, który nie był niczym specjalnym. A do nawet zwykłego sporo mu brakowało. Świadczyły o tym choćby przesolone ziemniaki. Vincent jednak zdawał się tego nie dostrzegać, a może zwyczajnie mu to nie przeszkadzało. W jakiś dziwny, nieznany sposób jego reakcja - a może pochłanianie kolejno jedzenie - sprawiało, że czuła się… szczęśliwa? Nie rozumiała tego do końca. A może nie chciała zrozumieć, próbując nie dopuszczać do siebie zbyt wielu emocji. Jakby obawiając się ich, a może jakby nie chcąc im ponownie zaufać po tym, jak raz się już na nich zawiodła.
Ale to jedno, krótkie słowo które nastąpiło później sprawiło, że poczuła się całkiem zagubiona. Może nieprzygotowana - nie wiedzieć dlaczego. Jakby sądząc, że jego reakcja będzie podobną do tej Skamandera, który wyraźnie się zezłościł, gdy usłyszał o jej planach. Nie rozumiała, czemu od niego oczekiwała tej samej, a nie takiej którą zaprezentował Brendan, czy Jackie. Jasne tęczówki badały znajomo nieznajomą twarz. Nadal jakby ucząc się zmian które zaszły, ale niezmiennie dostrzegająca jednostkę, którą przecież już znała. Trudno było zapomnieć konkretny kształt krzywizny nosa, czy niewielki pieprzyk, który nieświadomie skupiał wzrok w okolicy warg. Niczym przed laty i dziś przeszło przez jej głowę krótkie pytanie o smak i doznania, ale zdusiła je w sobie tłumacząc, że nie mogło z tego wyjść nic dobrego. Była zraniona, rozchwiana, rozpaczliwie potrzebująca bliskości od kogoś, kto nie chciał jej dać. Mogła znaleźć dla niej zastępstwo, choćby chwilowe, ale powinna to zrobić gdzieś indziej, gdzieś dalej. Nie tutaj, nie z nim. Nie chciała go zranić. Choć nie wiedzieć czemu pomyślała, że mogłby. Cienkie wargi rozchyliły się lekko a cień zdumienia powoli schodził z jej twarzy zastępowany przez zmarszczone brwi.
- Ja… - zaczęła w odpowiedzi, ale nie bardzo wiedziała, co powinno nastąpić dalej. Zgubiła się we własnych oczekiwaniach i niespodziewanych wypowiedziach. Niezmiennie, choć niezauważalnie porównując ich ze sobą, za co sama siebie nienawidziła jeszcze bardziej. Uprzejmy uśmiech sprawił, że zacisnęła wargi odwracając spojrzenie w bok. Powinna była wyjść, odejść, póki jeszcze potrafiła odnaleźć w sobie siłę. Ale czy naprawdę umiała, gdy pozwalała sobie jeszcze chwilę zostać? Ciepły dotyk na skórze przyciągnął jej uwagę, a wraz z nią spojrzenie, które odnalazło należące do Vincenta tęczówki. Słuchała wpatrując się w niego z mieszaniną spokoju, zdumienia, ale i niepewności i rozkojarzenia. Jego palce zahaczały o bruzdy na wewnętrznej części dłoni, te które zrobiła sobie sama. Walczyła z sobą, by nie cofnąć ręki. Nie odsunąć dalej oszpeconej części ciała, nie chcąc by widział ją taką, bojąc się wniosków do których może dojść choć niezmiennie nie rozumiała dlaczego. Przecież nie miało znaczenia co o tym myślał, nie mogło mieć, nie kiedy podjęła świadome decyzje. Gdy odsunął spojrzenie od jej twarzy, przymknęła powieki, czując jak drżące powietrze przemyka przez klatkę piersiową, a tętno przyspiesza. Nie ruszyła dłonią, nie zabrała jej, choć duża jej część wołała, by właśnie to uczynić. Ale to jego głos, wypełniający przestrzeń między nimi przyjemnym tembrem sprawił że zamarła, rozwierając niepewnie powieki.
- Ru… ny? - zapytała dzieląc głoski, a całkowite niezrozumienie przemknęło przez jej twarz. Jedno słowo, dwie głoski, wypowiedziane na tchnieniu, które było ledwie szeptem. Zmarszczyła lekko nos nagle pozbawiona ciepła jego dłoni. Obawiała się go wcześniej, czemu więc teraz zdawało się brakować jej czegoś, czego chciała więcej? Zamrugała kilka razy razy. - Noszę więc na sobie ich sporą kolekcję. - mruknęła lekko zachrypniętym głosem, sięgając po szklankę by złotym trunkiem przepłukać gardło, zagłuszyć gonitwę myśli i pytań. Licząc, że odbierze to jako żart. Choć rozmowa wcale nie należała do prostych. Zdziwiła ją gwałtowna odpowiedź na kolejne stwierdzenie - a może wyznanie. W miejscu zatrzymało pewne spojrzenie. Tęczówki znów rozszerzyły się w lekkim zdumieniu, ale nie przerywała gdy mówił, a każde słowo zdawało się trafiać bezbłędnie. Dostrzegła lekkie drżenie dłoni, choć nie potrafiła zrozumieć powodu nie dostrzegając, że jest nim ona sama. Ale to pytanie kończące zdanie sprawiło, że prawie zachłysnęła się powietrzem. Jesteś potrzebna, wiesz? Czemu jej głupi, głupi, umysł chciał sprzeciwić się padającemu stwierdzeniu, gdy serce nie chciało usłyszeć niczego więcej? Błękitne tęczówki zaiskrzyły się lekko. Zamrugała kilka razy, próbując odgonić wilgoć. Pokręciła przecząco głową gdy z jego ust padło przepraszam. Nie przepraszaj, nie musisz. Chciała powiedzieć, choć nie mogła wydać z siebie głosu.
Naprawdę tak o mnie myślisz?
Nie podjęła tematu, chciała by zakończył się tym stwierdzeniem, które ściągnęło z niej ciężar o którym nie miała nawet pojęcia. Była potrzebna - jeszcze nie wierzyła w to całkowicie, do końca, ale zdawała się ufać jego stwierdzeniu. Cisza pozwoliła na zebranie myśli, ruszenie dalej, napełnienie szklanek i ponownie pozbawienie ich zawartości. Potwierdziła skinieniem głowy, sądząc, ze tak, rzeczywiście może spodobać mu się to, co usłyszy, ale jej założenia były błędne. Widziała to gdy wstrzymał ruch, słyszała, gdy zadał pytanie. Mimo to uśmiechnęła się łagodnie.
- Znalazłam łamacza. - ramiona uniosły się w lekkim wzruszeniu - Połamane kończyny to średnia zabawa - tak samo jak ich brak. - zażartowała swobodnie, spoglądając na niego z rozbawieniem, ale i spokojem, jednoczesnym zaakceptowaniem swojej przeszłości. Znów zmieniła pozycję kończąc rewelacje o klątwach. Nogi na powrót wylądowały na oparciu kanapy, gdy jej plecy zajmowały siedzenie, spoglądała na własne stopy gdy mówił marszcząc brwi. - Wcześniej nie wierzyłam, teraz sama nie jestem pewna. - przyznała zgodnie z prawdą. Czy legendy nie mówiły o tym, że nie powinny wiązać się z czarodziejami czystej krwi? Że oddadzą im serce, jednak ci ich nie przyjmą, a jeśli to zrobią, będą sprawdzać na nich tylko nieszczęście? Wszystko zdawały się potwierdzać ostatnie wydarzenia. Ale nie chciała ich teraz wyciągać. - Złam więc ten. - powiedziała celując w niego palcem i unosząc się trochę by wlać do ust odrobinę alkoholu. Ten zaczynał przyjemnie wypełniać całe ciało. Zagłuszać emocje, odciągać je kawałek dalej. Odłożyła szklankę i odrzuciła głowę, obserwując pokój do góry nogami. Westchnęła lekko. Nos zmarszczył się charakterystycznie na zadane pytanie, a spojrzenie skupiło na suficie.
- W skrócie, to droga przez piekło. - stwierdziła unosząc rękę by przedramię oprzeć o czoło. - Mnogość zajęć jest zadziwiająca. Do tego dochodzą treningi i pierwsze działania w terenie. Czuję każdy mięsień, choć nauczyłam się już funkcjonować z tym rodzajem bólu. To zabawne, że znam nazwę każdego z nich. - zaśmiała się lekko, ten fakt niezmiennie ją bawił. Odsunęła rękę od twarzy i podstawiła dłoń przed oczy, zginając palce w pięść. Teraz wiedziała już, do czego były jej studia z anatomii - by móc dokładnie wskazać i nazwać źródło bólu. Swojego własnego. - Coś kosztem czegoś. Moje zdolności magiczne i fizyczne rozwinęły się. - mówiła dalej, ułożyła dłonie, chcąc się dźwignąć do pionu, ale coś poszło nie tak. Ręka zsunęła się z siedzenia i nim zauważyła pociągnęła za sobą resztę ciała. Zderzenie z drewnianą podłogą nie bolało dotkliwe. Ale nakrywanie się własnymi nogami nie było tym, co chciała zaprezentować. Podniosła się jednak szybko, układając dłoń na karku i pocierając ją z lekkim zażenowaniem. - Niestety ukrywanie się - nie licząc przemian - nie należy do moich mocnych stron. Prawdopodobnie dlatego że lubię wpadać na rzeczy, albo z nich spadać. - Usiadła na powrót na kanapie, tym razem normalnie. Zmieniła zdanie jednak równie szybko, a alkohol pozbył się lat które minęły. Położyła się znów, jednak tym razem ułożyła głowę nodze należącej do Vincenta. Wzrok powędrował do góry, a błękitne tęczówki odnalazły te należącego do niego. - Wolałabym posłuchać jednej z twoich historii. - poprosiła cicho nie zastanawiając się nad tym, czy powinna była zapytać o zdanie swojej nowej poduszki. Nigdy nie obawiała się bliskości. Zmieniła się, gdyby nie alkohol możliwe, że zachowałaby dystans, ten jednak rozprzestrzenił się w krwiobiegu, zdając się podejmować własne decyzje.



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +2
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Kuchnia 1
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f437-lancashire-forest-of-bowland-stocks-reservoir-gajowka https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Kuchnia [odnośnik]24.12.19 2:14
Cieszył się, że wypowiedziane linijki wywołały szczerą i rozbawioną reakcję. Niezwykle rzadko widywał jej uśmiech skrywany pod maską niepewności, zagubienia, a może obojętności? Niewinny, subtelny gest pasował do owalu twarzy; ukazywał nowe, nieznane, zapomniane wyróżniki, które bezwzględnie przyciągały jego uwagę. Wyglądała uroczo, jakby wróciła do czasów młodości, gdzie wszystko wydawało się lżejsze i o wiele łatwiejsze. Przywoływał aurę bezgranicznej normalności, chwilowej wolności którą mogła poczuć na każdym milimetrze wrażliwej skóry. Chciał, aby mistyczna halucynacja trwała jak najdłużej; nic nie odebrało chwilowego szczęścia, które w tym momencie, falistymi ruchami wypływało z piersi konwersujących towarzyszy. Chciałbym, aby ten uśmiech został z Tobą na zawsze.
W żadnym wypadku nie dostrzegał wad zaserwowanego posiłku. Mimo drobnych mankamentów, każdy kęs pochłaniał z niewyobrażalnym smakiem. Miał dość wymyślnych potraw, które serwowała mu odległa obczyzna. Musiał przywyknąć do wydzielonych, obozowych porcji, którym daleko było do prawdziwego, domowego obiadu. Nie przykładał zbyt dużej wagi do podstawowej potrzeby, cenny czas należało pożytkować na codzienne, wymagające nauki; ciężką pracę prowadzącą do poprawy umiejętności i dążenia do perfekcji. Sprawy przyziemne, a także przyjemności odchodziły na drugi plan. Tak samo było z emocjami, reakcjami, zapomnianymi doznaniami, Przemijające miesiące dostarczały wylewnego nadmiaru. Przez kilkanaście tygodni doświadczał plątaniny ckliwych powitań, karcących wyrzutów, pojedynczych oznak radości, stanowczości i zachęcania do odwrotu. Wysłuchiwał złotych rad, powierzał troski, serwował wytłumaczenia, które z trudem przechodziły przez spierzchnięte gardło. Konfrontował nową, niepoznaną rzeczywistość, która na każdym korku zaskakiwała jeszcze bardziej. Zbierał, spotykał, odkrywał, analizował, aby przygotować jak najlepszy i najsprawniejszy odwet. Chciał dawać od siebie jak najwięcej i widzieć, że spełnia cel; sprawia przyjemność. Odnajduje zrozumienie, odczuwa wdzięczność.
W tym samym momencie przypominał sobie dawne, odległe sytuacje. Odradzał pewne, młodzieńcze, niewypowiedziane ekscytacje, pragnące wydobyć się wraz z przymrużonym światłem salonowej lampki. Przywoływał te przepełnione powodzeniem, optymizmem i lirycznym pięknem. Karcił się za brak pewności siebie, odwagi, ryzyka w sprawach, które obecnie rozwarstwiały jego serce. A może dobrze się stało? Czyż nie od zawsze wiadomo, że relacja na odległość nie miałaby racji bytu? Śledził jej sylwetkę, która reagowała w nienaturalny sposób. Próbował wniknąć w niedostępny umysł i zgadnąć przepływające sygnały. Powiedział coś nie tak? Posunął się za daleko? Z każdą minutą coraz ciężej było mu hamować rozrywające pragnienia, podczas gdy niewinne gesty, subtelne muśnięcia rozpalały wewnętrzny ogień. Oczy iskrzyły się przenikliwym blaskiem, a twarz wyrażała zaintrygowanie, zainteresowanie i chęć pochłaniania każdego słowa. Był ciekawy. Jestem ciekawy – Ciebie.
Nie wiedział co działo się w jej życiu przez ostatnie lata. Przez co przechodziła, kto nadszarpnął cierpliwość, zszargał marzenia, pozbawił pasji, odebrał skrawki pewności i wiary nie tylko we własne umiejętności, ale również w pozycję, reputację i siłę. A tej na pewno nie brakowało. Nie podobało mu się, że tak łatwo rezygnowała z ukazywania dumy; podnoszenia i eksponowania swej rangi. Wydawała się pochłonięta demonami niedalekiej przeszłości, zlękniona przyszłością i zbyt mało oddana umykającej teraźniejszości. Między słowami dodał jeszcze istotne słowa: – Odrzuć to co blokuje cię od wewnątrz. Działaj na bieżąco i nie daj się wciągnąć w wir rozpamiętywania. – korzystaj skoro ktoś podkłada Ci się pod nogi. Zagarniaj wszelkie superlatywy wymierzone w Twoją stronę. Nie zaprzeczaj faktom, które już dawno zostały potwierdzone. Otwórz się, a przede wszystkim zaufaj dobrym zamiarom.
Palce mimowolnie wędrowały po wypukłych elementach przedramion. Dziwne, nieregularne, przypadkowe, fascynowały w odmienny sposób. Nie wyłapywał skrajnych reakcji, gdyż pochłonięty enigmatyczną chwilą, dopasowywał kolejne, znane mu nazwy. Nie dopytywał o ich pochodzenie, przeznaczenie, faktyczną ilość – trwał w przyjemnym, rozedrganym geście, stwarzającym namiastkę wytęsknionej bliskości. Bliskości, której nikt już dawno mu nie dał. – Runy. Znaki mające w sobie energię ze świata, ale też z kosmosu. – wyjaśnił spokojnie, przypominając podstawę tych niesamowitych rysunków. Bogaty, zapisany świat, który uwielbiał odkrywać. Potrafiły być zawodne, niebezpieczne, a miejscami pomocne. Potężne. – Kiedyś cię ich nauczę. – dodał spokojnie, zniżając się do pierwszych taktów szeptu. Wersy dopełnił delikatny, rozmarzony uśmiech, jakby wypowiedź pochodziła z pewnej przyszłości, którą wyraźnymi obrazami odmalowywał w odmętach chłonnego umysłu. – Porównamy sobie ich kształty. Sprawimy, że naprawdę odżyją. – obietnica.
Dość dziwne rzeczy działy się w ostatnich minutach. Zbyt wiele emocji, bezkarnie i lekkomyślnie wydobywało się na światło dzienne. Nie chciał zostać odebrany w zły sposób; stać się zbyt nachalnym, narzucającym, spragnionym. W dość subtelnym i indywidualnym stylu ukazywał to, co od wielu lat skrywało zmrożone serce. Odczucia, które właśnie odżywały; które potrafił zrozumieć i właściwie odczytać. Był gotowy na wyrzeczenia, poświęcenia, krytykę oraz cierpienie. Nie miał nic do stracenia. Mógł poświęcić i oddać w jej ręce skrawek tłoczącego krew narządu. A może nawet całe, ulotne życie?
Pozwolił na kolejny epizod uspokajającej cieszy. Wierzył, że wchłonęła jego słowa, starając się uwierzyć w każde z nich. Wypływały ze szczerej opinii i twardych przekonań. Jego wzrok błądził po elementach pokoju, a rozchwiana szklanka drżała w niestabilnej dłoni, dogrywając niemy dźwięk do całej orkiestry otaczających rytmów. Na kolejne zapewnienia, skierował na nią zaintrygowany wzrok. Był lekko pochylony; ukazywał chęć wsłuchania się w niezwykłą historię, obszar zainteresowań. Usta zaciśnięte w cienką linię wyrażały grymas głębokich przemyśleń oraz analiz. Nie podobał mu się efekt końcowy, o którym opowiedziała. Nigdy nie udało mu się zostać świadkiem ów plugastwa, lecz zaprezentowana metoda wydawała się absurdalna. Upijając kolejny łyk szybko umykającego alkoholu; zyskując coraz więcej wyraźnej pewności siebie rzekł: - Zająłbym się tym o wiele lepiej. – pozostawił stwierdzenie bez szerszych tłumaczeń. Tak mogło się stać, gdyby o wiele wcześniej rozpoczął konieczną praktykę. Gdyby mógł trwać obok od początku, aż do końca. – Rzucasz mi wyzwanie? – podłapał gdy dość wyzywająco odezwała się po krótkiej przerwie. Brwi powędrowały ku górze, a wydłużony śmiech wypełnił pomieszczenie. Przybliżył się nawet na chwilę, zmieniając pozycję i znajdując się na niebezpiecznej krawędzi kanapy, aby dodać: –Przyjęte. – może odczaruje obawy, stanę się książęcym wybawcą. Pytanie o pracę nie było zwykłym zapełnieniem uciekających minut. Chciał wiedzieć co tak naprawdę kierowało do podjęcia tak ogromnego ryzyka. W czym tkwił pociągający element, który zgromadził w szeregach pogromców czarnoksiężników tak wiele bliskich mu osób. Niezwykle dobrze i szczegółowo znał specyfikę pracy aurora, jednakże większość informacji konfrontował z relacjami zaborczego ojca. Nie miał okazji zapytać o to osoby świeżej. Jednostki, która na własnej skórze odczuła piętno ciężkiej i mozolnej katorgi. – Mnogość zajęć? – zapytał zainteresowany chcąc wiedzieć o wiele więcej. – Czego uczą was konkretnie? Zaklęć, obrony magicznej, samoobrony? – nie do końca wiedział jakie elementy były najważniejsze i najbardziej skuteczne w technice przechwytywania złoczyńców. Nie zdawał sobie również sprawy z jakim trudem przychodziło im się mierzyć. Nie omieszkał zadać kolejnego, śmiałego pytania, z którego mógł wyciągnąć więcej informacji: – Miałaś okazję już kogoś złapać? Z kimś się… – zatrzymał szukając właściwego słowa i kończąc opróżnianie szklanego naczynia. – skonfrontować? – poznanie niebezpieczeństwa czającego się gdzieś w odmętach miasta wydawało się fascynujące. Młody mężczyzna nie miał pojęcia, że ugrupowanie, od pewnego czasu walczy z jedynym, perfidnym zgromadzeniem. Nie potrafił ich nazwać, zidentyfikować, ani określić. Usłyszał jedynie dziwny przydomek, który miał definiować przywódcę? Zmarszczył brwi na to dziwne wspomnienie rzucone na lodowaty wiatr, podczas tęsknego, ckliwego spotkania pod irlandzką latarnią. Potrząsnął głową podłapując ostatnie wersy: – Znasz się dobrze na magii obronnej? – ciekawa informacja nie umknęła jego uwadze. Od jakiegoś czasu coraz poważniej myślał o poszerzeniu wiedzy z tej dziedziny. Okazywała się przydatna nie tylko w zawodzie, ale w życiu codziennym. Niespokojne czasu, brak zaufania zmuszały do odpowiednich korków. Jego ostatnie próby skończyły się bolesnym fiaskiem, dlatego też ta złota możliwość nie mogła pozostać niewykorzystana.
Czas przemijał nieubłaganie, kiedy dość pewnie tracili jego rachubę. Złowrogie myśli odpływały w dalekie odmęty, dając upust szalonym zawirowaniom. Umysł uwalniał rozluźnienie, błogość i lekkość. Skronie pulsowały lekko, oczy mrużyły przyjemnie, a pragnienie tytoniu wzrastało z każdą, upływającą milisekundą. Pokój drgał – tak samo jak jej sylwetka. Niespodziewana sytuacja rozproszyła chwilowe upojenie. Ciemnowłosy zareagował pospiesznie, chcąc pomóc niezdarnej towarzyszce. Nie potrafił powstrzymać gromkiego śmiechu, który odbijał się od ozdobionych tapetą ścian. Próbował wciągnąć ją na kanapę, lecz sam z ogromną trudnością utrzymywał się w fałdach zapadającego materiału. Oparł twarz o chłodną podstawę, aby z tym samym rozbawieniem rzucić: -Jesteś szalona Justine. – pozwolić na to, aby ułożyła głowę na jego nodze, wygodnie, swobodnie i pewnie. Nie poczuł wcześniejszego niepokoju; dostosował się do nowych warunków. Niemalże automatycznie przetransportował dłoń na rozsypane blond kosmyki, przesuwając po nich palcami, badając długość, nawijając na palce w pieszczotliwym geście. Niewinny uśmiech nadal nie schodził z zarumienionej twarzy, a roziskrzone spojrzenie, podłapywało podobne tęczówki, które z tak boską intensywnością wnikały w samą głębie. Westchnął krótko, gdyż znów nieświadomie prowokowała. – Moją historię… – było ich tak wiele, którą powinien opowiedzieć? – Dużo tego było. Nie wiem nawet od czego zacząć. Sporo zjeździłem. Sporo też zobaczyłem. Wracałem tutaj z zupełnie innego kontynentu. Dasz wiarę ile to kilometrów? Wszystko jest tam inne: pogoda, ludzie, atmosfera, tradycje, obyczaje. Odkrywanie nowych ziemi jest niezwykle fascynujące. Ale najbardziej intrygujący są ludzie. Ich zachowania, podejście do życia, odróżniająca codzienność, która nie sprawdzałaby się w naszych realiach. Wiesz, że miałabyś tam powodzenie? – zatrzymał, aby dłoń przesunęła się w okolice gładkiego policzka o podobnej temperaturze. Robił to precyzyjnie, chcąc sprawić przyjemność współrozmówczyni. Wnętrze mrowiło przyjemnie, a głos łagodniał z każdym słowem. – Miałem okazje prześledzić dziedzictwo kultury. Na własne oczy zobaczyć słynnego sfinksa, pustynię, piramidy; wejść do ich głębi. Wiesz, że tam cały czas świeci słońce? Zupełnie inaczej wpływa to na człowieka, choć temperatura, miejscami zdawała się sięgać ponad 40 stopni. – wspomniał nostalgicznie. Spojrzał w prawo, aby ponownie zebrać myśli. – Dziwne rzeczy spotykały nas na drodze. Ciasne korytarze, które okazały się całym grobowcem. Malunki, zapach, wyposażenie. Ogromne ilości kosztowności, złota i drogocennych kamieni – dłonie same rwały się do dotyku, lecz były zaklęte, wiesz? Nie mogliśmy dotknąć, przywłaszczyć sobie żadnej, materialnej wartości, aby nie uleć klątwie. Zjawisku, które rozprzestrzeniało się po całym obszarze. – skwitował opowiadając ogólny zarys swojej pracy. – Niekiedy, proces rozpracowania klątwy trwał kilka dni, a nawet tygodni. Pracowaliśmy w większych grupach, a każdy z nas specjalizował się w czymś innym. Było trudno, lecz byliśmy zafascynowani i nieugięci. – westchnął, aby na chwilę zakończyć nieskładną, ubarwioną alkoholem opowieść. -Przypomnij mi, to następnym razem pokażę ci moje dotychczasowe zdobycze. – a było ich wiele. Cisza ponownie wtargnęła w przestrzeń, lecz w tym momencie była właściwa. Palce bezwstydnie zjeżdżały do okolic szyi, zatrzymując się na bezpiecznej granicy obojczyków. Omijały zbyt kuszące usta, które zanadto intensywnie przyciągały jego uwagę. Zgubił całkowite upragnione skupienie. A może to ona go pozbawiała? Korzystając z okazji oraz z wzmożonej odwagi, wyrzucił nagle nurtujące pytanie: – Powiedź szczerze, co tu się tak właściwie dzieje Justine?



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, zielarz, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 32
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 30
UROKI : 31 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6 +3
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Kuchnia [odnośnik]10.01.20 0:38
Przez kilka krótkich chwil, kiedy szczery śmiech wydobywał się z jej klatki piersiowej zapomniała o wszystkim co na dzień ściągało jej sen z powiek. Na te kilka chwil przez myśl ulotnie przemknęło, że jednak postąpiła dobrze pojawiając się dzisiaj tutaj. Kilka chwil, które zdawały się niczym w porównaniu z godzinami, dniami, czy miesiącami w których zapomniała, jak niegdyś się śmiała. Gdy dźwięk rozszedł się wokół nich, a oddech uspokoił odrobinę, na jej wargach pozostał cień dopiero co minionych gestów. Tańczył, zabarwiając różem policzki. Odetchnęła, po raz pierwszy od długiego czasu pełną piersią.
Czas mijał pomiędzy kolejnymi pytaniami, które zagłębiały się w siebie. Wchodziły w tony odrobinę dziwaczne, a może nawet niezrozumiałe. Tak jak zdania, które padały z jego ust o runach. Nic jej to nie mówiło, nic nie rozjaśniało, a jednocześnie zdawało się w jakiś sposób okraszony emocją tak intymną, jak niewiele innych. Czy było to zaproszeniem, na chwilę, albo na dłużej, czy też zwykłym komplementem, którym raczył już nie jedną? Nie miała zielonego pojęcia.
Mówił po angielsku, a jednak jakby zwracał się do niej całkiem innym językiem, poprawne zrozumienie zaś utrudniało ciepło, które rozchodziło się spod jego palców. Zamarła, nie potrafiąc się ruszyć, odczuwając sprzeczne emocje, gdy badał ślady największej przysięgi jaką złożyła. Ceny mocy, ścieżki którą przewędrowała jej dusza. Wstrzymała oddech, wypuszczając go jedynie skrawki by odpowiadać na wydechu. Bojąc się, że zapyta skąd pochodząc, jednak on nie pytał, pochłonięty całkowicie nimi.
- Chcesz ożywiać blizny? - zapytała głupkowato nie wiedząc co właściwie więcej mogłaby powiedzieć. Ledwie rozumiała zlepki zdań które mówił, ale i tak nie potrafiła pojąć ich znaczenia. Musiała odpuścić, nie pytać o więcej. Nie, nie musiała, ale tak postanowiła. Odpowiedzi mogły zaprowadzić ją nie tam, gdzie powinna iść. Na tej ścieżce widniało tylko cierpienie, pełne niespełnionych pragnień i uwięzionych uderzeń serca.
Połączenie zostało przerwane wyciągając ją z dziwnego letargu. Wracając na bardziej stabilne tory, po których mogła się już ze spokojem poruszać. Na stwierdzenie które padło zmarszczyła lekko brwi.
- Dało się inaczej niż antidotum? - trochę się pogubiła, ale klątwy były dla niej kompletnie niezrozumiałe. Tak samo jak runy. Sądziła jednak, że Lucinda robiła wszystko co mogło, a ona musiała jedynie wytrzymać miesiąc w oczekiwaniu na antidotum. Błękitne tęczówki zawiesiły się na nim, a głowa przytaknęła lekko. Wargi rozchyliły się zdziwione odrobinę, a głowa przekrzywiła w prawo. Zdawała się zbierać żeby coś powiedzieć. Uniosła dłoń z wyciągniętym palcem, ale nagle zmieniła zdanie, machając leniwie ręką.
Niech Ci będzie. Chociaż wcale nie wierzyła, że to jest jeszcze możliwe.
Odpuść, mówiła Hannah kilka miesięcy temu, a słowa wypowiedziane nad studnią przemknęły przez jej głowę dokładnie rozbrzmiewając głosem przyjaciółki. Na kilka chwil zatopiła się we własnych myślach.
- Zaklęć, Obrony Przed Czarną Magią, Samoobrony, Walki wręcz, rozwijając też sprawność i zwinność, transmutacji, eliksirów - to bardziej powtórka ze zwróceniem uwagi na te przydatne w pracy, antidota, mikstury śledcze i inne takie - wymieniała spokojnie, leżąc w dziwnej pozycji na kanapie. - psychologi zbrodni, metod magiśledczych, myślenia poszlakowego, zajęcia z kamuflażu i ukrywania, metodyka przesłuchań do tego zajęcia terenowe i ćwiczenia praktyczne  - przerwała na chwilę marszcząc odrobinę brwi. - chyba o czymś zapomniałam. - mruknęła bardziej do siebie niż do niego, wzruszyła ramionami - a raczej spróbowała - ale gest zniknął na kanapie, a właściwie się nie odbył. Jasne tęczówki powróciły do Vincenta. -  Em… to trochę takie tak i nie. Bo w terenie jako kursanci jesteśmy raczej do wspomagania. A dla niektórych bardziej nawet jak patrz i się ucz, ale nie przeszkadzaj. Więc w większość to nie moje zasługi. Tylko aurora który prowadził całe przedsięwzięcie. Zresztą i tak odsunęli nas od wielu spraw.  - wytłumaczyła ze spokojem odwracając spojrzenie i sięgając po szklankę. Upiła trochę unosząc się na łokciu na kanapie. - Hm? - mruknęła z ustami na szklance na kolejne zadane pytanie. - Cóż… - położyła się we wcześniejszej pozycji wyrzucając ręce do góry i splatając je ze sobą. - Na podsumowaniu egzaminów wstępnych moje umiejętności podsumowali jako Zaawansowane w Magii Obronnej i Biegłe w Zaklęciach i Magii Leczniczej. Ale jestem na kursie ponad pół roku, więc umiem jeszcze więcej zważywszy na system kształcenia, nie licząc leczniczej. - rozplotła dłonie i podrapała się po nosie, zerkając w kierunku Rinehearta. - Czy taka odpowiedź cię satysfakcjonuje? - zapytała poważnie, nie wiedząc po co, ani dlaczego właśnie o to pyta. Sama wolała nie określać swojego poziomu. Wiedziała, że znacząco się podniósł w ciągu ostatniego roku, ale jednocześnie czasem zdawał się niedostateczny. Nadal nie wystarczający. Dlatego ciągle ćwiczyła ścigając cel, biegnąc za nim, przed siebie, tam gdzie była potrzeba. Pozostając w ruchu.
Z każdą szklanką rosła też ochota a pijany brat rozsądku podpowiadał, że plan klarujący się w głowie może nie jest mądry, ale do samego rana z pewnością nie będzie go żałować. Upadek dosłownie na kilka chwil zawrócił jej w głowie - dokładnie tak samo jak whisky, którą piła. Podniosła się jednak szybko spoglądając na roześmianego Vincenta, wzruszając niedbale ramionami.
- Zawsze byłam. - zgodziła się bez mruknięcia powiekom, ubierając usta w uśmiech, odrobinę drapieżny, choć sama nie była tego świadoma. Tak, szalona, inni na jej miejscu mogliby poddać się już dawno - albo umrzeć kilka razy. A ona dalej stała, wytrwale podnosząc się po każdym upadku.
Zajęła znów miejsce, inne, odważniejsze, ale dla niej tak zwyczajne. Podjęła kolejne kroki, choć nieświadomie by wcześniej zrodzony plan powoli wprawić w ruch. A on nie oponował. Jego dłoń pomknęła do jej włosów i gdy to zrobił wydęła lekko usta zmuszając je, by stały się dłuższe. Nie pamiętała skąd, ani gdzie, ale chyba woleli dłuższe - włosy. Nie zmieniła im jednak kolory, nie zajaśniały żadnym. Pozostawały jasne, prawie białe. Przymknęła lekko powieki gdy zaczął mówić, czując ogarniający ją spokój. Ciepło przy policzku zwróciło uwagę, było… przyjemne. Uchyliła jedno oko,  skrzyżowała z nim spojrzenie, otwierając też drugie. Jej dłoń uniosła się i klepnęła lekko policzek Vincenta.
- Tutaj też na nie narzekam. - mruknęła, przymykając na powrót oczy. Może nie było to całkowicie prawdą. Ostatnie miesiące zdawały się na tym polu suche, ale za to, sama była odpowiedzialna czekając aż on w końcu zrozumie. Wcześniej nie odmawiała sobie przyjemność, a znalezienie kogoś na chwilę czy ich kilka od czasów szkolnych nie sprawiało jej większych problemów. Opuściła dłoń układając ją na brzuchu. Tylko czy teraz, kiedy była taka, mogła jeszcze kogoś zainteresować?
Głupoty.
Dlaczego w ogóle o tym myślała? Wybrała swoją drogę, tak trywialne sprawy powinny być dawno za nią. Miała walczyć, walczyć do ostatniej kropli krwi. Im mniej zostawi po sobie bolących serc, tym lepiej. Skupiła się na wypowiadanych słowach, biorąc wdechy uspokajała myśli. Choć i to nie było proste, gdy męska dłoń przesuwała się po szyi. Ręka nieświadomie pomknęła do górnego guzika robiąc więcej miejsca. A ona sama przesunęła się trochę wyżej.
- Zapomniałam, że lubiłam cię słuchać. - mruknęła nie otwierając powiek. To nie był ognisty dotyk Skamandera, ale niewątpliwe był przyjemny, łagodniejszy, inny. Zaległa cisza, ale nie przeszkadzała jej ona. Nauczyła się w niej funkcjonować. Już jej się nie bała. Kolejne pytanie wyciągnęło ją na powierzchnie, szybko i brutalnie.
Podniosła się, siadając do niego plecami. Przytykając głowę do kolan które podciągnęła pod siebie, objęła je ramionami. Co się dzieje? Z pewnością nie zmierzali już w kierunku jego sypialni. Oddychała, milcząc, bijąc się z własnymi myślami. W końcu podniosła się bez słowa zmierzając w kierunku korytarza.
To był błąd. Podpowiadała jej to każda komórka ciała, a jednak nie posłuchała przeczucia, ulegając… czemu? Właśnie. Swojej własnej samotności? Zgarnęła buty w rękę i wróciła siadając na skrawku kanapy.
- Nie wierzę, że nikt ci nie powiedział. - mruknęła nie spoglądając na niego. Z ostatniej rozmowy wywnioskowała, że rozmawiał z Jackie. Nie wiedział, czy sądził, że wie za mało? - Trwa wojna. - powiedziała wciskając nogę w buta, pochyliła się nad nim, pozwalając by kotara długich włosów zakryła jej twarz. - Voldemort, lord, wyobraź sobie, Czarny Pan jak zwykli go nazywać jego poplecznicy, albo Sam-Wiesz-Kto jak zwą też inni. Największy zwolennik idei czystej krwi, ma swoich popleczników. Głównie wśród szlachty. W październiku doprowadził do zamachu stanu. Stonehenge jest ruiną, a oni przejęli Ministerstwo obalając wybranego w wyborach Ministra.  - mówiła zawiązując but trzęsącymi się ze złości dłońmi. Sięgnęła po drugi. - Malfoy jest jego pionkiem, choć może i ma własny rozum, to wyznaje te same wartości. W tej chwili, prawo należy do nich. Ostatni Szef Biura Aurorów został zamordowany. Bones nie popełniłaby samobójstwa. - zacisnęła zęby, choć nie mógł tego zauważyć. Zawiązała drugi z butów podnosząc się. - Mugole uciekają, też czują, że coś się dzieje. Nie tylko oni opuszczają wyspy. Czarodzieje tacy jak ja, też to robią. Czuć to wszystko w powietrzu. - w końcu na niego spojrzała, poważna, policzki nadal pokrywał lekki rumieniec. Mówiła cicho i zdawać by się mogło, spokojnie. Jednak było to jedynie pozorne. Dłoń zaciśnięta w pięść, trzęsła się lekko. Nagła powaga szybko zastąpiła wcześniejsze rozluźnienie, jakby wcale nie istniało jeszcze kilka chwil wcześniej.  - Poczytaj gazety, Vincent. Tylko uważaj, Prorok jest nielegalny. - podeszła do stolika na którym leżała jej różdżka. Obróciła ją kilka razy w dłoni. - Radziłabym się pośpieszyć, jeśli jeszcze nie sprostowałeś z nimi wszystkiego. Jutro, może nie być dla nas łaskawe. - jutro, każde z nas może już nie żyć. Odwróciła się robiąc kilka kroków. Zatrzymała się jednak. - Twój ojciec został szefem Biura. - odwróciła głowę spoglądając na niego. Wiesz, co to znaczy, prawda? - Nie powinnam była.. Zresztą, nieważne. - nie skończyła. Uniosła łagodnie kąciki ust ku górze. - Żegnaj, Vincent. - mam nadzieję, że zajdziesz to, po co wróciłeś. To pożegnanie.
Ruszyła w kierunku drzwi, to na nich się skupiając. Na płaszczu, który wisiał w korytarzu. Nie powinna była tu przychodzić. Żadne z nich tego nie potrzebowało. Popełniła błąd, ale nie zamierzała popełnić kolejnego. Musiała się skupić na tym, do czego się zobowiązała.
Czemu więc teraz czuła się, jakby uciekała?

| chyba zt?



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +2
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Kuchnia 1
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f437-lancashire-forest-of-bowland-stocks-reservoir-gajowka https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Kuchnia [odnośnik]13.02.20 17:03
Przez kilka ulotnych chwil poczuł się jak w domu. Zapomniał o nurtujących, codziennych troskach. Odnalazł swobodę w sposobie bycia, zachowaniu, doborze słów. Wspominał dawne momenty, gdy wszystko wydawało się tak proste i nieskomplikowane. Gdzie czas spowalniał nieznacznie, pozwalając celebrować każdą, ulotną chwilę. Ta była wyjątkowa – dźwięczny śmiech wypełniający cały, rozświetlony salon. Szeroki uśmiech ozdabiający delikatną, bladą twarz. Wyjątkowa, kobieca obecność uzupełniająca ostatnie, samotne chwile. Bliska, onieśmielająca, wyczekiwana. Przywołująca i rozpalające wygasłe, stłumione odczucia. Mnogość tematów nie traciła na intensywności. Pospiesznie przemijające sekundy, uciekały w ognisty eter. Atmosfera zrobiła się spokojna, wysublimowana, eteryczna. Język rozwiązany przez cierpkie krople bursztynowego alkoholu, układał się w pochlebiające, szczere zwroty, odważne stwierdzenia, coraz bardziej skomplikowane pytania. Wyrzucał nieopowiedziane historie, znajdując kompana, który z najprawdziwszą ciekawością zagłębi się w ich niemożliwej treści. Jednorazowe słowa nie były przypadkiem; szczelnie dopasowywały się do towarzyszącej osobistości. Nie powinna mieć żadnych obiekcji, że były przeznaczone tylko i wyłącznie dla niej.
Gest, który tak swobodnie przyszło mu wykonać, wydawał się tak normalny, niewiarygodny, codzienny. Nie zarejestrował wymownego zdumienia, ozdabiającego zaróżowione policzki. Idąc w zaparte, poznawał wybieloną, krętą drogę fascynujących, różnorodnych zmian. Nie znał ich pochodzenia, znaczenia, zamierzonego celu. Wydawał się ciekawski, olśniony, całkowicie pochłonięty nierównomiernym kształtem. – A chciałabyś żebym tak zrobił? – odpowiedział niemalże instynktownie, głosem pełnym ciepłego spokoju; rozpływającego i rozpłaszczającego pojedyncze sylaby. Wzrok, który śledził znamiona wydawał się zahipnotyzowany, przytłumiony; jakby na chwilę utracił rzeczywistą obecność. Kierowany przepływającym instynktem kontynuował: – Chciałbym kiedyś poznać ich historię… – jeżeli tylko chciałaby ją przekazać, zapoznać, zaprezentować. Gdyby bezwstydnie opowiedziała o wyboistych losach, nazywając sytuacje, w których uczestniczyła. Nie musiały być pozytywne; niezwykle dobrze chłonął równie negatywne emocje. Westchnął przeciągle, oddalając od siebie blade przedramię – tak niechętnie, powolnie, niezgrabnie. Oddawał nie swoją własność. Wyrwani z mistycyzmu ów chwili, mogli powrócić do kolejnych opowieści. Uniósł głowę w lekkim zdumieniu. Brew uniosła się do góry, na treść wypowiedzianego pytania. Antidotum? – Jestem jedynie pewny, że nie ma jedynej drogi rozwiązującej taki problem. Jednakże wierzę, że zostałaś oddana w ręce profesjonalisty. – ułożył usta w lekkim, potwierdzającym uśmiechu. Będąc niezapoznanym z całą analizą opisywanej klątwy, nie mógł jednoznacznie stwierdzić, czy faktycznie odnalazłby inne, jeszcze lepsze rozwiązanie. Chciał jednak, aby wierzyła, że w jej intencji zrobiłby niemalże wszystko.
Poprawił pozycję, siadając wygodniej na miękkiej kanapie. Oparł część pleców o barwny materiał, aby w swobodny, pełny sposób rejestrować jej profil. Był przygotowany, aby wysłuchać. Zadając konkretne pytania chciał wniknąć w codzienność, zapoznać z elementami, przed którymi uciekł kilkanaście lat temu. Zmusić do wylewności, opowiadania o przebytych doświadczeniach. Powoli zagłębiać w relacje, w których nigdy nie uczestniczył. Szklanka z ostatkiem alkoholowej cieczy obijała się o wąskie brzegi. Poruszał dłonią we własnym, wyimaginowanym rytmie, wciągnięty przez słowa. Z każdą kolejną czynnością, błękitne tęczówki rozszerzały się w niemym zdumieniu. Ogrom wiedzy, który był im przekładany napawał odległym odczuciem, ukłuciem podziwu, zazdrości, a może pomyłki? Pokiwał głową w niedowierzaniu; spojrzenie skoncentrował na tańczących płomieniach. Przez chwilę, zagłębiony w gęstwinie myśli, wyrzucił jedynie niezobowiązujące: – Niesamowite. – zastanawiał się w jakim stopniu, zaprezentowane umiejętności, byłby przydatne. Które z nich mógłby wykorzystać podczas własnych, zawodowych perypetii. – Sam chętnie poszerzyłbym umiejętności z zaklęć obronnych oraz ogólnej obrony, czy samoobrony. – westchnął nostalgicznie, przenosząc wzrok na skupioną twarz blondynki. Patrzył z wymownym podziwem – była gotowa przyjąć tak wiele wyrzeczeń. Nabyła tak różnorodną gamę umiejętności. Pamiętał ją jeszcze z czasów szkolnych, gdy próba zaciągnięcia do jakiejkolwiek nauki, równała się szybkim i pewnym fiaskiem. Uśmiechnął się na to wspomnienie dość niewinnie, do samego siebie, a ona kontynuowała. Zmarszczył brwi, chcąc zadać konkretne pytania: – Jak długo jesteś na kursie? I dlaczego nie pozwalają się wam wykazać, zabierają sprawy? – szklanka zadrżała poprzez gwałtowną zmianę pozycji. Podczas gdy potrzebował większej dozy skupienia, zazwyczaj opierał łokcie na kolanach, a głowę zawieszał swobodnie, między nimi. Zamaczając wierzch ust, odstawił szklankę, aby nie przeszkadzała. Co działo się wewnątrz tej instytucji? Kto sterował nimi tak prawdziwie i wiarygodnie? Jakie perypetie spotykały najbliższe mu osoby? –  Skomplikowane. – wyszeptał przed siebie, nie kierując stwierdzenia w żadnym, konkretnym kierunku. Zasłuchał się natomiast w kwestiach związanych z magią obronną, która dzisiejszego popołudnia zainteresowała go niezwykle intensywnie. Kiwał głową akceptując fakty. Robił to jeszcze chwilę po skończeniu wypowiedzi. Zapewne nie spodziewała się, że za chwilę wystosuje pewną, niewinną prośbę. – Satysfakcjonuje. Czy chciałabyś podszkolić mnie z Magii Obronnej? – dobrze wiedział, że jest od niego znacznie bieglejsza. W ostatnim czasie bardzo mocno dostrzegał niewiarygodne braki, właśnie w tej dziedzinie. Magia zawodziła podczas pojedynków, sparingów, czy ważniejszych zleceń. Zaklęcia nie były skomplikowane, lecz drobna materia, zaprzeczała ich skuteczności. Zapomniał o ćwiczeniach, praktyce, wpadając w wir zupełnie innej pracy. O wiele intensywniej zgłębiał kolejne, runiczne księgi, ćwiczył atak, poznawał ingrediencje, czy umiejętności handlowe. Tak niespokojne czasy, wymagały defensywnych umiejętności.
Sytuacja, przez którą ogromny uśmiech, dźwięczny śmiech wykwitł na jego twarzy, była tak absurdalna i niesamowita, aż nie mógł w nią uwierzyć. Pochylając się w stronę powalonej kompanki, chciał zaoferować pomoc w dźwignięciu na delikatne poduszki salonowej kanapy. Alkohol uderzył do głowy, polepszając humor, wydobywając myśli, które na co dzień, ukrywały się w najgłębszych czeluściach umysłu. I wzrok, który stał się jakby zmieniony; inaczej prześlizgujący po kobiecej sylwetce. Rejestrujący przyciągające, wyraźne elementy. Pomógł wgramolić się na kanapę. Sprawdził czy spoczywa na właściwym miejscu: – Wiem  o tym. – stwierdził jedynie, a kolejne czynności nabierały tempa. Ot teraz, spoczywała na jego wyciągniętym kolanie, oddychając miarowo. Palce mimowolnie, niekontrolowanie powędrowały w stronę rozbielonych kosmyków. W między czasie zapomniał zapytać, stwierdzić, zauważyć: – Rzadko zmieniają kolory... – nie było w tym wyrzutu. Może trochę tęsknoty, uwielbienia, zdumienia, że nauczyła się nad nimi panować. Hamował nadchodzące gesty, delikatnie wymieniał obiekt pieszczoty. Włosy, skronie, policzki, skrawek ciepłej szyi. Czy mógłby posunąć się dalej? Czy pozwoliłaby mu na kolejny, odważny krok? Czy chciałaby dopuścić do siebie dawnego przyjaciela, żywiącego niewypowiedziane odczucia? Czy powinien wyczekiwać zachęcającego słowa, gestu, wyrazu? A może była z kimś związana? Obecna chwila nie ma żadnego znaczenia? Wstrzymywał oddech, aby nie wydawać z siebie niekontrolowanego wydźwięku. Mówił spokojnie, rytmicznie. Czarował opowieścią, tonacją, wypowiedzą. Gdy pozwoliła mu na nieco więcej, bezpardonowo podążył w głąb dekoltu. Naznaczał dotykiem bladość skóry, tak bardzo rozgrzanej pod wrażliwymi opuszkami palców. A może jednak? Trzask pojedynczych drewienek podsycał atmosferę. Cisza, która na chwilę wypełniła pomieszczenia, pozwalała nasiąknąć wyostrzonym zmysłom. Zamroczony ów chwilą, nie spodziewał się, że kontrowersyjne pytanie, zakończy upojne spotkanie. Coś ty do cholery powiedział?
Zamrugał intensywnie, nie wiedząc dlaczego podniosła się do pozycji siedzącej. Wyciągnął za nią dłoń, aby po chwili, schować ją za siebie. Wnętrze zadrżało niewinnie, a wnętrzności przekręciły w oznace pierwszych zalążków stresu. Czyżby powiedział coś nie tak? Dlaczego reakcja przybrała tak gwałtowny wymiar? Obserwował intensywnie; obawiał się kolejnego zdania, które podsuwała mu zawrotna podświadomość. Utknęło gdzieś na końcu języka, kalecząc krtań. Gdy wstała pospiesznie, on również zsunął się z obszernego mebla; o mały włos nie uderzając się o kant ławy. Poprawił zsunięte rękawy zimowego swetra i niemalże w powietrzu rzucał przepraszające: – Justine, zaczekaj! – dogonił ją gdzieś w okolicy korytarza. Zgarnęła buty i ponownie skierowała się w stronę pokoju, wymijając go w pełnej gracji. Przestań uciekać do cholery! – Skąd miałem wiedzieć… – zamilkł stając w przejściu. Skrawek ciała opierał się o framugę, patrząc jak z ogromną złością zawiązuje sznurowadła. Wyglądał mizernie, biednie, jakby nie wiedział dokąd się podziać. Mógłby jej pomóc… Nie to niestosowne. Był zdezorientowany, zagubiony, niepewny. To prawda, niewiele wiedział. Wojna, dwie walczące strony, lecz kto nimi przewodził? Za jakie racje wyliczyli? Dlaczego oddawali życie za dość absurdalne kwestie jak więzy krwi? Przecież każdy jest równy, prawda? Jak ciężko byłp rzyswoić tak potężny ogrom wiedzy. – A kto miał mi powiedzieć? – wypalił. Gwałtowna atmosfera udzieliła się nawet jemu. Krople alkoholu krążące we krwi, tylko podsycały aurę. A ona mówiła – wyrzucała, przeżywała natłok istotnych informacji. Nie wiedział co się dzieje, gdzie się dokładnie znajduje. Miał tyle pytań – Sam Wiesz Kto, poplecznicy, Bones, Stonehenge, uciekający mugole, nowy Minister? Zrobił jeden krok do przodu, lecz instynktownie powrócił do pierwotnej pozycji. Opuścił głowę, spoglądał na nierównomierne deski. Wiedział, że kolejne pytania wytrącał z równowagi jeszcze bardziej. Nie chciał pogrążać sprawy. Z pokorą przyjmował dalsze, uwłaczające ataki, powodujące wyrazy współczucia, wstydu i zakłopotania. Ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały, a on poczuł dreszcz. Czy mogło być jeszcze gorzej? Czy w jednej chwili zażegnał całą, skrupulatnie odbudowywaną znajomość? Ponownie wykonał krok do przodu, a zbite spojrzenie pełne wrażliwości, zadośćuczynienia, wierciło dziurę w samym środku klatki piersiowej. – Justine, proszę. Daj mi coś wyjaśnić. – uniósł dłonie, lecz ona nadal brnęła w salwę niekorzystnych słów. Ujęła różdżkę; mogła zaatakować przy każdej, kolejnej próbie zatrzymania. Zdania wydawały się tak niewiarygodne; ledwo stał na nogach. Twój ojciec został szefem Biura. Zaraz… – Co? wiem. Ruszył do przodu, niepewnie. Co chwilę wymieniali pozycje. Teraz on był obok kanapy, jednakże ona była już przy salonowych drzwiach. Rozszerzone oczy patrzyły z niepokojem, strachem. Sparaliżowane ruchy nie wiedziały co robić dalej. Zignorowała go, tak szybko, tak perfidnie, tak wymownie. Zacisnął usta, czując jak zeby ocierają się o siebie. Dłonie zamkniętę w pięści, były chyba mokre. Cynicznie niewinny uśmiech, pożegnanie? Co proszę? Brwi uniosły się do góry, a ciało zalała ogromna fala niepokoju, winy, i nieposkromionego bólu. Czy właśnie tak wyglądało prawdziwe odrzucenie? Czy smutek potrafi zawładnąć każdym mikroelementem ciała? Czuł jak nerwy ogarniają cały organizm. Mieszają się z kroplami ognistej; jak krew wrze w niebieskawych żyłach. Serce pulsuje zbyt szybko, zahaczając o pierwsze objawy zawału. Musiał coś zrobić, działać, reagować. Nie może być przecież tak jak dawnej. Strącając szklankę z powodu gwałtownego odepchnięcia od ławy, ruszył w jej stronę. Jeszcze nie wyszła! Była - przy  okolicy niewielkiego wieszaka na ciepłe okrycia wierzchnie. Pojawił się obok niezwykle gwałtownie, silnie, nie będąc sobą. Pierś unosiła się nierównomiernie – zaskoczył. Złapał ją za ramiona, odrobinę za mocno, lecz obawiał się, że zacznie się wyrywać. Czuł delikatny zapach alkoholu, zmieszanego z subtelnymi oparami, ledwie wyczuwalnych perfum. Ściśnięte brwi, karcący wzrok – właśnie takie objawy mogła ujrzeć, gdy głośno przemawiał jej do rozsądku: – Już nigdy więcej, nie każ mi się ze sobą żegnać, rozumiesz? – wycedził przez zaciśnięte zęby i przenosząc rozgrzane dłonie na jej policzki, dokonał niemożliwego. Odważył się na gest, atrybut, czynność, o której marzył od momentu, w którym zobaczył ją ponownie. Nie tam w kwitnącym, pastelowym lesie, w który tak idealnie się wkomponowywała, lecz na zatłoczonym targu. Gdy w pospiechu ogarniała codzienne sprawunki. Pilnowała niesfornego kuzyna, kupowała rzeczy na wieczorną kolację. Gnała. Właśnie wtedy okrutna gama zapieczętowanych odczuć, wyłoniła się na zimową powierzchnię. Co powinna czuć? Intensywność, gwałtowność, wyrzut, wieloletnią tęsknotę, mieszaną z odrzuceniem, odurzeniem i niepewnością. Wszystko to wirowało w jednym, zachłannym pocałunku, który bezczelnie składał na jej ustach. Palce mocno zaciskały się na  rumianych policzkach. Niestabilna sylwetka napierała na niewielkie ciało, nad którym górował masą, a przede wszystkim wzrostem. Chwila wydawała się nieskończona, przeciągła, jednakże oderwał się w odpowiednim momencie. Odsunął się na krok, jak gdyby niewidzialna moc strzeliła potężnym zaklęciem. Ogniste ogniki tańczyły wewnątrz źrenic, a usta zaciśnięte w ciasną linijkę ścierały smak ów chwili. Wyglądał na rozjuszonego. Odwrócił się w stronę salonu i jak gdyby nigdy nic, ton głosu zmienił się na nadmiernie spokojny: – Jeżeli chcesz, możesz iść. Nie będę cię zatrzymywać. – jeśli umie czytać między wierszami, na pewno dostrzeże w tym niemą prośbę: Najlepiej nie wychodź i zostań tu jak najdłużej.

| zt tears

[bylobrzydkobedzieladnie]



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself


Ostatnio zmieniony przez Vincent Rineheart dnia 15.02.20 21:35, w całości zmieniany 2 razy
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, zielarz, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 32
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 30
UROKI : 31 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6 +3
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Kuchnia [odnośnik]14.02.20 0:37
Justine, zaczekaj!
Nie zaczekała, podnosząc się szybko z miejsca i ruszając do korytarza, by zgarnąć w dłonie buty. Prosząc w duchu, by pozwolił jej odejść. By nie popełniła kolejnych błędów. Ale on ruszył za nią. Uniosła jasne tęczówki na jego twarz, ale wyminęła go nie zaprzestając działań których się podjęła. Zasiadła na kanapie wyrzucając z siebie kolejne słowa. Nie patrząc w jego kierunku jakby bojąc się, że samym swoim spojrzeniem będzie w stanie ją przekonać. Kiedy ostre pytanie wyrwało się z jego ust uniosła na niego wzrok. Uchyliła usta, jednak nie powiedziała nic, zaciskając je w wąską linię. Zahamowała ciągnące na usta słowa, nie zamierzając zaostrzać konfliktu.
Justine, proszę. Daj mi coś wyjaśnić.
Nie dała nie przerywając wypowiadanych słów. Nie mając zamiaru spuścić z tony, ani obniżyć murów, które wniosła wokół siebie. Podniosła się upatrując tylko jedną ścieżkę - tą prowadząca do wyjścia. Zatrzymała się w korytarzu, sięgając po płaszcz który wrzuciła na ramiona i do którego wsadziła różdżkę. Pozostało tylko odwrócić się na pięcie i wyjść.
Ale nie zdążyła.
Dźwięk tłuczonego szkła doszedł do jej uszu, wzrok podniósł się w tamtym kierunku. A oczy rozszerzyły w zdumieniu. Brwi opadły, kiedy patrzyła jak zbliża się do niej z burzowym wyrazem twarzy. Uniosła podbródek szykując się do rozmowy. Do słów, które powinna powiedzieć już wcześniej nie pozostawiając żadnych nieścisłości. Ale coś powstrzymało ją od tego. Wpatrywała się w niego ze spokojem i jakiegoś rodzaju smutkiem czającym się na dnie tęczówek. Ciągle był przystojny, nawet gdy się złościł. I ten fakt, wcale niczego nie ułatwiał. Nie szarpnęła się, gdy ją złapał mocniej, niż było to konieczne. Nie skrzywiła się z bólu, nawyknęła do niego w jakiś sposób. Wpatrywała się w niego w ciszy, którą przerywało jedynie bicie jej własnego serca.
Ale to słowa które wypłynęły przez zaciśnięte zęby, pełne gniewu, który czuła też w dłoniach sprawiły że na jej twarzy pojawiło się całkowite niezrozumienie i zagubienie, jej oczy zaszkliły się lekko. Ciepło dłoni, które zmieniły swoje położenie, było przyjemne, a ona ten jeden raz nie miała siły i nie chciała walczyć. Ale tego, co stało się później nie spodziewała się wcale.
Czas zwolnił, a ona w pierwszej chwili po prostu było rozrzucone gdzieś pomiędzy egoistycznym pragnieniem ciała i cichym protestem serca. Nie rozumiała, uświadomiła sobie, przymykając powieki. Rozdarta, skłócona sama ze sobą poddała się chwili, przylegając do męskiego ciała, unosząc dłoń, którą oparła na jego piersi, ale nie po to by, go odepchnąć. Chciała być kogoś, ale uświadomiła sobie, że najbardziej chciała być jego. Wewnętrzny konflikt bruździł tę chwilę. Kolejne pytania pojawiały się w jej głowie nie potrafiąc znaleźć właściwych odpowiedzi, zganiając w końcu większość na alkohol.
Kiedy odsunął się, równie gwałtownie, jak gwałtownie wcześniej zbliżył się do niej, poczuła się kolejny raz zagubiona. Samotna. Dłoń pozostawała w górze równie zagubiona co ona sama, gdy z rozszalałym sercem próbowała zrozumieć cokolwiek.
Dlaczego zdawał się być zły? Dlaczego skończył?
Nie wiedziała.
Ale to nie miało znaczenia, nie mogło. Prawda? Kochała innego, oddała mu swoje serce, dlaczego więc patrzenie jak odchodził sprawiło, że chciała pójść za nim. Zrobiła krok i przesunęła dłoń w jego kierunku. Ale zatrzymała gest, zawijając ją w pięść. Ściągała do siebie problemy. Jej wrogowie doskonale znali jej twarz, a oni nie grali czysto. Nie chciała wciągać go w to wszystko. Nie powinna. Przebywanie z nią oznaczało niebezpieczeństwo. Wciągnięcie w walkę, której jeszcze mógł uniknąć. Od której jeszcze mógł odejść.
- Obok mnie, nie jest bezpiecznie. - wyszeptała cicho, próbując się jakoś wytłumaczyć. Jak tchórz nie potrafiąc przyznać się do całej prawdy. - Wybacz. - dodała próbując uspokoić rozgrzane ciało, przyśpieszone serce. Odwróciła się na pięcie łapiąc za klamkę do drzwi i otwierając je. Chwilę później poniósł się cichy dźwięk zamykanych drzwi.
Uciekła, niezdolna stawić czoła własnym obawom, emocjom i myślom.

| zt :pwease:



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +2
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Kuchnia 1
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f437-lancashire-forest-of-bowland-stocks-reservoir-gajowka https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Kuchnia [odnośnik]14.02.20 13:57
28 marca

Dom.
Od jakiegoś czasu nie wiedziała, gdzie dokładnie jest jej miejsce. Przypominała bardziej nomada, zamieszkując po trochę wszędzie, nie należąc tak naprawdę nigdzie. Chyba przestając wierzyć, że jeszcze może pasować gdziekolwiek. To miejsce porzuciła już dawno, było pełne wspomnień i nostalgii, było przystanią, ale swoje znaczenie stracił, gdy przez kilka miesięcy mieszkała z nim. A on zamilkł, odsunął ją od siebie może na jej własne życzenie, może przez jej własne słowa. Ale to nie miało teraz znaczenia.
Pomogła Gabrielowi dostać się na piętro i położyć do łóżka zakazując by w ogóle próbował podnosić się dzisiaj sam. Miał leżeć, spać i odpoczywać. A ona miała zamiar być obok. W końcu zgodził się, a do komunikacji z nim zgodziła się skorzystać z należących do niego lusterek dwukierunkowych. Zanim zeszła złapała za różdżkę, by machnięciem różdżki poinformować Kierana o nieobecności zarówno jej, jak i Gabriela, obiecując, że wszystko wyjaśni mu w odpowiednim czasie.
Schodziła ociężale na dół na salonu z którego uciekała jeszcze nie tak dawno temu. Miała nadzieję, że szmer ich ruchów, dźwięk kroków nie zbudził innego domownika ze snu. Tchórz wewnątrz niej liczył na to, że nie ma go dzisiaj.
Była zmęczona, ciężar świata, który zwalił się na jej barki przygniatał ją i pozbawiał tchu, a wszystko co dzisiaj przeżyła jedynie przyciskało ją mocniej do gruntu. Miała krew na dłoniach i nie czuła się wcale lepsza, niż którykolwiek z ich przeciwników. Tłumaczyła sobie różne rzeczy, ale nie była już pewna, czy robi to za nią logika, czy robi to ona sama próbując zagłuszyć sumienie. Na myśl o rozoranym zaklęciem gardle robiło jej się niedobrze. Widok otwartych, martwych oczu miał ją prześladować już po kres jej dni.
W końcu dotarła do salonu, choć miała wrażenie, że szła bardzo długo. Usiadła na fotelu, odrzucając na stolik lusterko, jednak nie było jej w nim wygodnie. Wierciła się, by po krótkiej chwili westchnąć i powstać. Sięgnęła po różdżkę, którą machnęła kilka razy by rozpalić kominek, czuła zimno które otulało się wokół niej, choć nie była pewna, czy odpowiedzialnym za to była pogoda i temperatura panująca w domu. W końcu złapała za lusterko ponownie ruszając do kuchni i po przejrzeniu kilku szafek natrafiła na whisky. Nawet nie zawracała sobie głowy braniem szklanki. Zwaliła się ciężko na podłogę salonu, plecami opierając o kanapę. Odłożyła butelkę, różdżkę i lusterko obok, dopiero teraz zrzucając śmierdzący pożarem płaszcz - najpierw zsuwając z siebie torbę z eliksirami. Odpięła pas z eliksirami i położyła je na ławie. Zsunęła też buty i ściągnęła przemoczone skarpetki, które wrzuciła do nich. Uniosła lusterko i położyła je jednak na kanapie. Okręciła butelkę i pociągnęła z niej kilka łyków, by za chwilę oprzeć czoło o kolana, które podciągnęła pod siebie.
Była tak bardzo zmęczona. Wycieńczona. Z żalu miała ochotę krzyczeć, tylko po to, by wyrzucić z siebie nagromadzone w niej emocje. Jej brat, prawie dzisiaj umarł. Nie, nie prawie. Umarł naprawdę. I ocaliła go jedynie magia kamienia, połączona z mocą feniksa. Kilka miesięcy temu głupie przekonania ślepych ludzi zabrały jej matkę. Jak wiele będzie musiała jeszcze oddać, nim świat w końcu powie dość? Czy głodny, egoistyczny potwór, kiedykolwiek się zatrzyma? Nawet nie wiedziała kiedy z jej oczu pociekły łzy, rozmazując jeszcze bardziej brudne policzki, których nie miała w tej chwili siły ogarniać. Uniosła ramię z butelkę i napiła się znów w prawą rękę złapał różdżkę i zarzuciła ją na kanapę. Oparła brodę o nią, a wzrok wlepiła w lusterko.
Zmęczona. Prawdopodobnie dlatego nie wychwyciła momentu, kiedy złapał ją sen. Powieki nadal skrzyły się od łez. A ciało przy każdym odgłosie drgało niespokojnie pozostawiając ją na granicy półsnu. Czuwała niezmiennie, nie chcąc, by ktoś mógł ją zaskoczyć.



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +2
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Kuchnia 1
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f437-lancashire-forest-of-bowland-stocks-reservoir-gajowka https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Kuchnia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach